Rozdział 26 ♥
"Przecież sama byłaś zakochana i wiesz ,że miłość jest silniejsza od człowieka, który nosi ją w sercu."
Od ponad godziny siedziałam na ziemi w szpitalnej poczekalni odchylając głowę, która spoczęła na zimnej ścianie, od ponad godziny nie dostałam żadnej wieści o Megan.
Widziałam jak jej mama przeciera oczy chusteczką i próbuje powstrzymać następny potok łez. Mój ojciec stał z boku, przyglądając się mi. Może wydaje mu się, że pogodziłam się z faktem dokonanym przez niego ? Zamknęłam oczy i nie mogłam uwierzyć, że tkwię w Polsce, mówiąc po angielsku, przy tym nikogo nie rozumiejąc.
Powoli drzwi od sali na którą więźli Meg otworzyły się i wyszedł przez nie mężczyzna w okularach, o siwych włosach i zaokrąglonym brzuszku.
Ja i mama Megan podbiegłyśmy do lekarza i od razu zapytałyśmy - oczywiście ja po angielsku.
- Co z nią ? - równocześnie patrząc w jego zielone oczy przepełnione pewnym rodzajem smutki, że akurat mu przypadła ta rola.
- Dziewczynka nie ma dużo szczęścia. - odezwał się lekarz i usiadł na niewielkim krześle pod ścianą.
- Nie rozumiem. - odpowiedziała ciocia Samanta i podtarła nos chusteczką.
- Rzadko zdarzają się takie przypadki. - ciągnął lekarz wciąż trzymając nas w niepewności. Oczywiście obawialiśmy się najgorszego.
- Ona ma raka. - wypalił szybko mężczyzna jakby chciał mieć to za sobą i powstał z plastikowego siedzenia.
- Czy to znaczy ? - szepnęła mama Megan nie dowierzając.
- Dwa tygodnie. - odezwał się lekarz i wrócił na salę zostawiając nas z otwartymi buziami pośrodku długiego, białego korytarza.
Niewiele rozumiałam z przebiegu całej rozmowy, ale wytłumaczył mi ją tata.Ciocia Samanta wciąż szeptała 'Dwa tygodnie, dwa tygodnie' i stała w miejscu gniotąc białą chusteczkę. Wszyscy mogli zrozumieć jej zachowanie, żadna matka nie chciałaby ,aby życie jego dziecka skończyły się tak szybko, przecież Meg czekał cały świat stojący otworem na jej zdolności, które zachwycały. Podczas niewielu dni dziewczyna pokazała mi prawdziwą sztukę, którą niedawno w sobie odkryła. Potrafiła malować równie doskonale jak Leonardo da Vinci, ale nie pozwoliła mi wysłać żadnej z praz na jakikolwiek konkurs, a teraz leżała czekając na śmierć - nawet jeśli o tym nie wiedziała.
Cały czas tuliłam do siebie ciocię i głaskałam jej plecy, ale nie dawało to rezultatów.
Drzwi powtórnie się otworzyły a wyszła przez nie blond pielęgniarka w białym ubraniu.
- Przepraszam panią. - zaczepił kobietę mój ojciec.
- Tak ? - odezwała się piszczącym głosem.
- Czy moglibyśmy odwiedzić Megan ? - zapytał tata.
- Najwyżej dziesięć minut. - odpowiedziała pielęgniarka i uchyliła nam drzwi. Znaleźliśmy się na długim korytarzu, gdzie po wszystkich stronach porozmieszczane były drzwi. Mama Megan złapała mnie za rękę i ściskała ją coraz mocniej kiedy zobaczyła dziewczynkę, może w moim wieku. Szła po korytarzu trzymając stojak z kroplówką. Była owinięta szlafrokiem a na głowie lśniła łyska skóra. Takich widoków się bałam. Uśmiechnięta Meg pozbawiona swoich długich, czarnych włosów. Przed wejściem do sali włożyliśmy zielone nakrycia ciał.
W środku pomieszczenia ,w którym leżała Megan było cakiem przyjemnie, po za tym ,że na sali leżała sama mając obok siebie od teraz towarzyszących jej przyjaciół : kroplówki i prochy.
- Moje dziecko ! - krzyknęła ciocia i podbiegła do łóżka dziewczynki przytulając ją do siebie. Megan nie poruszyła się tylko wydała z siebie ciche westchnienie. - Jestem tutaj. - powiedziała mama Meg i chwyciła jej bladą rączkę siadając na łóżku.
- Musi być bardzo osłabiona. - powiedziałam cicho, a samotna łza spłynęła po moim policzku. Usiadłam na jednym z krzesełek i wpatrywałam się w obraz kruchej dziewczynki, leżącej w olbrzymim szpitalnym łóżku. Próbowałam sobie wyobrazić jak jej organizm walczy z chorobą, której w końcu się oprze i przegra ... Nie mogłam dopuścić ,aby jej życie zakończyło się bez najważniejszego marzenia.
- Tato. - szturchnęłam go i wskazałam na drzwi. Wyszliśmy i usiadłam z powrotem na krześle na poczekalni.
- Megan ma jedno marzenie. Mogę je spełnić. - zaczęłam kiedy ojciec był zdolny do słuchania mnie. - Jej marzeniem jej Justin. - powiedziałam cicho i spoglądnęłam na jego twarz, aby dostrzec reakcje.
- Nie ma takiej opcji. - odpowiedziałam ostro.
- Nie robisz tego dla mnie ! Dla Megan. Ten ostatni raz. - podkreśliłam swoje słowa i ujęłam dłoń taty. - Proszę. - dodałam i błagalnie patrzyłam w jego oczy. Tata wyparł powietrze z płuc i pokręcił głową, jakby nie wierzył, że to robi.
- Daj mi jego numer. - powiedział, a ja od razu wyjęłam swój telefon i wpisałam w jego tak, aby mógł zadzwonić w tej chwili.
Po chwili tata kierował się do drzwi wyjściowych ,a ja wróciłam na salę.
Dziwne jest to, że kiedy odejdzie ta jedna osoba zabierze ze sobą wszystko. Cały świat legnie w gruzach kiedy nie ma Cię przy niej i wiesz, że nie wróci.
Grzebałem łyżką w misce pełnej mleka i płatków nie mając w ogóle ochoty na jakikolwiek posiłek. Wstałem od stołu, ale moja komórka przywołała mnie z powrotem - wibrując.
- Halo ? - odezwałem się znudzonym głosem.
- Justin Bieber ? - odezwał się znajomy głos.
- Tak, z kim rozmawiam ? - zapytałem i dosyć długo czekałem na odpowiedź.
- Mężczyzna, który zniszczył życie dwóm nastolatkom. - powiedziałam głosem pełnym skruchy.
- Tata Eleny. - odezwałem się mało optymistycznie.
- Potrzebujemy Cię. - odparł mężczyzna pełny odrazy, że wypowiedział te słowa. Czułem to.
- Niby do czego ? - zapytałem.
- Zrób to dla Eleny. Zaraz wyślę Ci adres. Reszty dowiesz się na miejscu. - powiedział mężczyzna i usłyszałem tylko puste sygnały.
Minutę po rozmowie przyszedł sms z adresem jakiegoś domu w Warszawie. Przecież Scooter mi zabronił ... Nie mogę, ale dla Eleny. Czy to właściwe, człowiek z miłości robi wiele głupot.
Wbiegłem po schodach do swojego pokoju i przez internet zamówiłem samolot na najbliższy lot do Warszawy. Spakowałam jedną, fioletową walizkę i jednym zdecydowanym ruchem napisałem list :
' Mamo,
może mnie zrozumiesz. Robię to, bo ją kocham i muszę być z nią bez względu na wszystko. Przecież sama byłaś zakochana i wiesz ,że miłość jest silniejsza od człowieka, który nosi ją w sercu, ode mnie jest.
Kiedy przeczytasz ta kartkę będę już pewnie siedział w samolocie, nie martw się. Wrócę, my zawsze wracamy :) Po za tym muszę skończyć płytę, proszę przekonaj jakoś Scootera, że nie robię źle. Tak mówi mi serce, a TY powtarzałaś, że właśnie go powinien słuchać. Robię to. Właśnie teraz.
Justin.'
Położyłem list na stole schodząc na dół i zamówiłem taksówkę na lotnisko. Została niecała godzina. Wiedziałam, że to wszystko co robię ma sens, że ona mnie potrzebuje, że robię dobrze.
Kiedy minęło pół godziny siedziałem w samolocie i słuchałem znanych mi instrukcji jak zachowywać się podczas lotu. Zastanawiałem się jak zareaguje Scooter, co takiego będzie jak wrócę, ale bardziej ciekawiło mnie co będzie jak znajdę się pod wskazanym adresem i o co w ogóle chodzi.
Po cichu zacząłem nucić piosenkę, która dodawała mi otuchy :
____________________________
Jednogłośnie zdecydowaliście, że mam pisać ile wlezie :)
14 osób, w tym też anonimowi, a gdzie obserwujący ?
No cóż trudno, i tak Wam dziękuję.
Co do limitu. Zniżam go.
14-15 komentarzy = NN
Dziękuję :
Sickofyou, love040497, SourCandy, just-love-me, Sheila, Odwazyszsiex3, Monshine, MILEYiJUSTIN, klaudia 991, lovestory332211, maggi15, Comeclean, kasia24209, Lastsong. < 3
Jest Was wiele więcej, ale nie mam za dużo czasu.
Dziękuję też tym, co trują mi na gadu o nowy rozdział.
Justina, Paulina i koleżanki < 3
Od ponad godziny siedziałam na ziemi w szpitalnej poczekalni odchylając głowę, która spoczęła na zimnej ścianie, od ponad godziny nie dostałam żadnej wieści o Megan.
Widziałam jak jej mama przeciera oczy chusteczką i próbuje powstrzymać następny potok łez. Mój ojciec stał z boku, przyglądając się mi. Może wydaje mu się, że pogodziłam się z faktem dokonanym przez niego ? Zamknęłam oczy i nie mogłam uwierzyć, że tkwię w Polsce, mówiąc po angielsku, przy tym nikogo nie rozumiejąc.
Powoli drzwi od sali na którą więźli Meg otworzyły się i wyszedł przez nie mężczyzna w okularach, o siwych włosach i zaokrąglonym brzuszku.
Ja i mama Megan podbiegłyśmy do lekarza i od razu zapytałyśmy - oczywiście ja po angielsku.
- Co z nią ? - równocześnie patrząc w jego zielone oczy przepełnione pewnym rodzajem smutki, że akurat mu przypadła ta rola.
- Dziewczynka nie ma dużo szczęścia. - odezwał się lekarz i usiadł na niewielkim krześle pod ścianą.
- Nie rozumiem. - odpowiedziała ciocia Samanta i podtarła nos chusteczką.
- Rzadko zdarzają się takie przypadki. - ciągnął lekarz wciąż trzymając nas w niepewności. Oczywiście obawialiśmy się najgorszego.
- Ona ma raka. - wypalił szybko mężczyzna jakby chciał mieć to za sobą i powstał z plastikowego siedzenia.
- Czy to znaczy ? - szepnęła mama Megan nie dowierzając.
- Dwa tygodnie. - odezwał się lekarz i wrócił na salę zostawiając nas z otwartymi buziami pośrodku długiego, białego korytarza.
Niewiele rozumiałam z przebiegu całej rozmowy, ale wytłumaczył mi ją tata.Ciocia Samanta wciąż szeptała 'Dwa tygodnie, dwa tygodnie' i stała w miejscu gniotąc białą chusteczkę. Wszyscy mogli zrozumieć jej zachowanie, żadna matka nie chciałaby ,aby życie jego dziecka skończyły się tak szybko, przecież Meg czekał cały świat stojący otworem na jej zdolności, które zachwycały. Podczas niewielu dni dziewczyna pokazała mi prawdziwą sztukę, którą niedawno w sobie odkryła. Potrafiła malować równie doskonale jak Leonardo da Vinci, ale nie pozwoliła mi wysłać żadnej z praz na jakikolwiek konkurs, a teraz leżała czekając na śmierć - nawet jeśli o tym nie wiedziała.
Cały czas tuliłam do siebie ciocię i głaskałam jej plecy, ale nie dawało to rezultatów.
Drzwi powtórnie się otworzyły a wyszła przez nie blond pielęgniarka w białym ubraniu.
- Przepraszam panią. - zaczepił kobietę mój ojciec.
- Tak ? - odezwała się piszczącym głosem.
- Czy moglibyśmy odwiedzić Megan ? - zapytał tata.
- Najwyżej dziesięć minut. - odpowiedziała pielęgniarka i uchyliła nam drzwi. Znaleźliśmy się na długim korytarzu, gdzie po wszystkich stronach porozmieszczane były drzwi. Mama Megan złapała mnie za rękę i ściskała ją coraz mocniej kiedy zobaczyła dziewczynkę, może w moim wieku. Szła po korytarzu trzymając stojak z kroplówką. Była owinięta szlafrokiem a na głowie lśniła łyska skóra. Takich widoków się bałam. Uśmiechnięta Meg pozbawiona swoich długich, czarnych włosów. Przed wejściem do sali włożyliśmy zielone nakrycia ciał.
W środku pomieszczenia ,w którym leżała Megan było cakiem przyjemnie, po za tym ,że na sali leżała sama mając obok siebie od teraz towarzyszących jej przyjaciół : kroplówki i prochy.
- Moje dziecko ! - krzyknęła ciocia i podbiegła do łóżka dziewczynki przytulając ją do siebie. Megan nie poruszyła się tylko wydała z siebie ciche westchnienie. - Jestem tutaj. - powiedziała mama Meg i chwyciła jej bladą rączkę siadając na łóżku.
- Musi być bardzo osłabiona. - powiedziałam cicho, a samotna łza spłynęła po moim policzku. Usiadłam na jednym z krzesełek i wpatrywałam się w obraz kruchej dziewczynki, leżącej w olbrzymim szpitalnym łóżku. Próbowałam sobie wyobrazić jak jej organizm walczy z chorobą, której w końcu się oprze i przegra ... Nie mogłam dopuścić ,aby jej życie zakończyło się bez najważniejszego marzenia.
- Tato. - szturchnęłam go i wskazałam na drzwi. Wyszliśmy i usiadłam z powrotem na krześle na poczekalni.
- Megan ma jedno marzenie. Mogę je spełnić. - zaczęłam kiedy ojciec był zdolny do słuchania mnie. - Jej marzeniem jej Justin. - powiedziałam cicho i spoglądnęłam na jego twarz, aby dostrzec reakcje.
- Nie ma takiej opcji. - odpowiedziałam ostro.
- Nie robisz tego dla mnie ! Dla Megan. Ten ostatni raz. - podkreśliłam swoje słowa i ujęłam dłoń taty. - Proszę. - dodałam i błagalnie patrzyłam w jego oczy. Tata wyparł powietrze z płuc i pokręcił głową, jakby nie wierzył, że to robi.
- Daj mi jego numer. - powiedział, a ja od razu wyjęłam swój telefon i wpisałam w jego tak, aby mógł zadzwonić w tej chwili.
Po chwili tata kierował się do drzwi wyjściowych ,a ja wróciłam na salę.
* * * Oczami Justina * * *
[/center]Dziwne jest to, że kiedy odejdzie ta jedna osoba zabierze ze sobą wszystko. Cały świat legnie w gruzach kiedy nie ma Cię przy niej i wiesz, że nie wróci.
Grzebałem łyżką w misce pełnej mleka i płatków nie mając w ogóle ochoty na jakikolwiek posiłek. Wstałem od stołu, ale moja komórka przywołała mnie z powrotem - wibrując.
- Halo ? - odezwałem się znudzonym głosem.
- Justin Bieber ? - odezwał się znajomy głos.
- Tak, z kim rozmawiam ? - zapytałem i dosyć długo czekałem na odpowiedź.
- Mężczyzna, który zniszczył życie dwóm nastolatkom. - powiedziałam głosem pełnym skruchy.
- Tata Eleny. - odezwałem się mało optymistycznie.
- Potrzebujemy Cię. - odparł mężczyzna pełny odrazy, że wypowiedział te słowa. Czułem to.
- Niby do czego ? - zapytałem.
- Zrób to dla Eleny. Zaraz wyślę Ci adres. Reszty dowiesz się na miejscu. - powiedział mężczyzna i usłyszałem tylko puste sygnały.
Minutę po rozmowie przyszedł sms z adresem jakiegoś domu w Warszawie. Przecież Scooter mi zabronił ... Nie mogę, ale dla Eleny. Czy to właściwe, człowiek z miłości robi wiele głupot.
Wbiegłem po schodach do swojego pokoju i przez internet zamówiłem samolot na najbliższy lot do Warszawy. Spakowałam jedną, fioletową walizkę i jednym zdecydowanym ruchem napisałem list :
' Mamo,
może mnie zrozumiesz. Robię to, bo ją kocham i muszę być z nią bez względu na wszystko. Przecież sama byłaś zakochana i wiesz ,że miłość jest silniejsza od człowieka, który nosi ją w sercu, ode mnie jest.
Kiedy przeczytasz ta kartkę będę już pewnie siedział w samolocie, nie martw się. Wrócę, my zawsze wracamy :) Po za tym muszę skończyć płytę, proszę przekonaj jakoś Scootera, że nie robię źle. Tak mówi mi serce, a TY powtarzałaś, że właśnie go powinien słuchać. Robię to. Właśnie teraz.
Justin.'
Położyłem list na stole schodząc na dół i zamówiłem taksówkę na lotnisko. Została niecała godzina. Wiedziałam, że to wszystko co robię ma sens, że ona mnie potrzebuje, że robię dobrze.
Kiedy minęło pół godziny siedziałem w samolocie i słuchałem znanych mi instrukcji jak zachowywać się podczas lotu. Zastanawiałem się jak zareaguje Scooter, co takiego będzie jak wrócę, ale bardziej ciekawiło mnie co będzie jak znajdę się pod wskazanym adresem i o co w ogóle chodzi.
Po cichu zacząłem nucić piosenkę, która dodawała mi otuchy :
Hello, hello
Anybody out there
cause I don't hear a sound
alone, alone
I don't really know where the world is
but I miss it now
[/i]Anybody out there
cause I don't hear a sound
alone, alone
I don't really know where the world is
but I miss it now
____________________________
Jednogłośnie zdecydowaliście, że mam pisać ile wlezie :)
14 osób, w tym też anonimowi, a gdzie obserwujący ?
No cóż trudno, i tak Wam dziękuję.
Co do limitu. Zniżam go.
14-15 komentarzy = NN
Dziękuję :
Sickofyou, love040497, SourCandy, just-love-me, Sheila, Odwazyszsiex3, Monshine, MILEYiJUSTIN, klaudia 991, lovestory332211, maggi15, Comeclean, kasia24209, Lastsong. < 3
Jest Was wiele więcej, ale nie mam za dużo czasu.
Dziękuję też tym, co trują mi na gadu o nowy rozdział.
Justina, Paulina i koleżanki < 3
Tagi:
opowiadanie
09.02.2012 o godz. 16:39



Cudny <3
Czekam na nn;*
Mam nadzieję, że znów będą razem ;)
I szkoda mi Megan też :(
Szybko pisz kolejny <333
U mnie pierwszy rozdział, wbij jeśli ci się chce :D
dziewczyno kocham twojego bloga
czekam na nn