Nothing hurts like no you.

I miss you.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Cześć Wszystkim, chciałam zacząć od przeprosin, które oczywiście się Wam należą. Długo nic nie dodawałam - zaczęły się wakacje, wyjazdy, a ja jakoś straciłam ochotę do bloga. To smutno, bo patrząc na tą stronę za każdym razem się uśmiecham. Widzę ponad trzy tysiące komentarzy, ponad sto trzydzieści tysięcy wejść i masę obserwujących, których przyznam - zdobyłam ciężką pracą. Myślę tak sobie, że często opuścić coś na co się długo pracowało i wkładało się dużo serca, ale prawda jest taka, że teraz to serce do tego bloga straciłam. Od dawna nic nie napisałam, od dawna nie pomyślałam, żeby coś napisać. Straciłam chęci. Nie chce pisać.
Cóż, nie chce się żegnać, ale nie chce obiecać też, że wrócę. Wpadajcie do mnie czasami, zobaczymy czy jeszcze tu zawitam. Oczywiście nie ruszę się stąd bez podziękowań dla wszystkich osób, które tak bardzo mi pomogły - jest was przeszło 250 i nie mam pojęcia jak wielkie powinno być moje DZIĘKUJĘ. Dzięki Wam zrealizowałam marzenia, stałam się blogerką, poczułam jak to jest pisać o kimś, stworzyłam własny świat, przeżyłam niezapomniane chwile, rozwinęłam się. DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, którzy kiedykolwiek wpadli tutaj do mnie i zostawili ślad. Kto to wie, może wrócę, żeby napisać coś, a może kiedyś zobaczycie moją książkę w księgarniach. KTO TO WIE.
Zostawiam bloblo innym, którzy nie mieli szansy wybicia się. Trzymajcie się swoich przekonań i nie traćcie wiary ! Oczywiście podsyłam parę blogów.




Wasza thatbeeasy.
Tagi: fg
15.07.2013 o godz. 23:13
9 listopad 2010, Nowy Jork


Nadszedł listopad. Było coraz zimniej. Co dzień, te same ciemne chmury gromadziły się nad Chicago. Każdy chował się w swoim ciepłym domu patrząc przez okno jak po raz kolejny deszcz spada z nieba zabierając ten przepiękny klimat, który zawsze panował w wietrznym mieście. Lauren co dzień przemierzała swoim autem tą samą drogę. Jeździła do szpitala i sprawdzała co u Justina. Nie porzuciła nadziei. Wiedziała, że nadejdzie dzień, w którym się obudzi i w końcu wybaczy jej ciekawość, którą go zraniła.
Siedziała przy nim całe popołudnie, aż zdecydowała się wrócić do domu. W końcu jej mama też potrzebowała jej pomocy, nawet bardziej niż Justin. Wsiadła do swojego auta i odjechała spod szpitala. Do domu dotarła po paru minutach. Weszła do domu trochę przemoczona i od razu się rozebrała się z ciepłej kurtki. Przeszła do pokoju swojej mamy, aby zobaczyć co też z nią się działa. Ta pogoda nie była dla niej najlepsza, przez cały czas odpoczywała, ale cały czas miała się lepiej. Według lekarzy rak ustępował, a jeszcze parę miesięcy temu nie dawał za wygraną. To była najlepsza wiadomość jaką w Lauren w życiu usłyszała. Podeszła do swojej śpiącej mamy i ucałowała jej policzek a następnie wyszła z pokoju przymykając drzwi.
Przeszła do kuchni. Od samego rana nic nie jadła, a jej żołądek dawał o sobie znać. Otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej parę kawałków żółtego sera. Następnie z innych szafek smarowanie i bułki. Naszykowała sobie jedzenie i przeszła z nim do swojego pokoju zamykając się w nim. Usiadła przy biurku i odpaliła laptopa. Sama nie wiedziała co chce z nim zrobić. Weszła na parę stron internetowych, aż w końcu na facebooka. Postanowiła obejrzeć profil Melanie. Oglądnęła wszystkie zdjęcia z imprezy. Nie wyglądały zadowalająco, przynajmniej nie dla Lauren. Wyłączyła stronę odchodząc od laptopa. Zabrała ze sobą talerzyk i usiadła na łóżku. Zaczęła delektować się jej ulubionym serem, aż nagle dostała sms'a. Na szczęście miała wyłączony dźwięk, więc nie musiała się obawiać, że obudzi mamę. Obudził się ! - tak brzmiała treść wiadomości. Lauren podskoczyła ze zachwytu na łóżku i od razy z niego wstała kierując się do drzwi. Założyła z powrotem na siebie buty, kurtkę i wyszła z domu zapominając o mamie. Jechała ostrożnie, gdyż tym razem deszcz bardzo mocno zacinał akurat w jej stronę. Do szpitala dojechała w niecałe piętnaście minut. Wpadła do niego najszybciej jak się da. Sala Justina mieściła się na szesnastym piętrze, więc skorzystała z windy. Po chwili była na miejscu. Ominęła parę pielęgniarek, aby w końcu znaleźć się obok niego. Weszła pomału do sali. Leżał w białym łóżku, w tym co zawsze - podłączony do respiratora, kroplówki i Bóg wie czego - coś zdziwiło Lauren, on się uśmiechał. Był prawie nieprzytomny, ale uśmiechał się obserwując jej delikatne ruchy. Przy jego łóżku siedziała również Pattie, która ze szczęścia płakała.
- Lauren. - szepnął prawie niedosłyszalnie. Jego głos był jeszcze słabszy i ochrypnięty niż zawsze. W sercu dziewczyny nagle zrobiło się strasznie ciepło, kiedy pierwszy raz od pierwszego spotkania nie pomylił jej ze swoją zmarłą dziewczyną. To było dla niej magiczne.
- Jestem. - odpowiedziała równie cicho siadając po drugiej stronie łóżka. Tak Justin został otoczony przez dwie kobiety, które kochały go najbardziej na świecie, choć ta druga mogła tego nie wiedzieć. Lauren złapała jego bladą słoń i zacisnęła w swojej tak jakby były dla siebie stworzone, bo pasowały idealnie. Uśmiechnęła się pod nosem patrząc na jego zamykające się oczy z miłością. On naprawdę był wspaniały. Musiała zrobić wszystko, aby zrozumiał swoje błędy i pozwolił sobie pomóc, nie było dla niego innego ratunku.

21 grudzień 2010, Nowy Jork


Jeszcze wiele razy tęsknił za strzykawką, lecz nie tak bardzo jak kiedyś, już tego nie potrzebował. Od jego obudzenia minęło sporo czasu. Głód narkotyków czuł tylko na początku. Teraz, kiedy siedział w swoim odwykowym pokoju i przewracał kolejne kartki książki nie mógł uwierzyć jak niedawno musiał być głupi. Inni rozumieli jego zachowanie. Wszystko działo się z miłości, ale jedynie Justin nie potrafił sobie wybaczyć i zaakceptować swojej przeszłości. Był niezmiernie wdzięczny Lauren, choć wiedział, że odwyk będzie trał całe pięć miesięcy to nie smucił się z tego powodu. Ta jedna dziewczyna odmieniła jego życie, teraz zależało tylko od niego, czy skorzysta z tego. Miał wiele czasu, aby przemyśleć każdą sprawę, błąd czy sytuację - wielu żałował. Wszystkie złe słowa jakie kiedyś wypowiedział nigdy nie powinno paść z jego buzi. Najbardziej pluł sobie w brodę przypominając sobie mamę. Chciała dla niego jak najlepiej, powtarzała, aby nauczył się żyć, tak od nowa, ale on nie potrafił. Może gdyby posłuchał jej nie byłby w tym miejscu. Miał też żal do siebie o słowa jakie wypowiedział na Lauren. Wcale nie chciał na nią klnąc. Dopiero teraz doszło do niego, że ma tak dobre serce, że tak bardzo chciała mu pomóc. Widziała, że potrzebował jej pomocnej dłoń i próbowała, nawet kiedy ją przerażał czy odtrącał.
Justin zdał sobie sprawę, że przeszłość nie wróci, że musi żyć dalej. Utracił swoją miłość, ale było to tak dawno. Wiedział, że te wspomnienia bolą, a jednak do nich wracał nie bojąc się. Przypominał sobie roześmianą twarz Saffy i powtarzał, że musi wyleczyć się z miłości do nieżyjącej od dwóch lat dziewczyny, ale jak ? Była jego pierwszą, poważną miłością, sam nie wiedział czy jedyną, miał przed sobą wiele lat życia, mógł spotkać jeszcze wiele dziewczyn. Wiedział, że nigdy nie zapomni Saffy, że zawsze będzie przy nim, w sercu. Brunet odruchowo dotknął miejsca po lewej stronie klatki piersiowej, gdzieś pod skórą, pod kośćmi znajdowało się tam jego serce. Biło i miało się coraz lepiej. Justin aż się uśmiechnął.
Robienie świątecznych zakupów nie było ulubionym zajęciem Lauren, wręcz przeciwnie, nie znosiła tego. Pchała przed sobą metalowy wózek i co chwilę stawała przed innym regałem z żywnością. Wkładała do wnętrza wózka wszystko co mogłoby się przydać. Sama nigdy nie wiedziała co tak naprawdę będzie jej potrzebne.
Do domu wróciła późnym popołudniem, gdyż korki na miejsce były okropne. Jej mama siedząc na wózku inwalidzkim dziergała nową czapkę dla dziewczyny. Lauren często tęskniła za prawdziwym Bożym Narodzeniem w jej domu. Wystarczyło, żeby tata był wśród nich i byłyby to jej wymarzone Święta. Jednak nikt nie otrzymuje dwa razy tego samego życia. Życie jest jedno. Trzeba się nim cieszyć, ale też dbać o nie, jest ważne, najważniejsze, bez niego nic nie zdziałasz.
24 grudzień 2010, Nowy Jork

Nadszedł upragniony dzień Wigilii. Dzień, w którym nikt nie pamiętał złych słów. Wszyscy próbowali być dla siebie mili i wychodziło im to. Nowy Jork wyglądał jak jedna wielka choinka. Wielkie budynki, pobliskie choinki zostały ustrojone kolorowymi światełkami, ozdobami, które cieszyły oko. Lauren wraz ze swoją mamą po raz pierwszy od dawna wybrały się na spacer tuż przed Wigilią. Były ubrane bardzo ciepło. Śnieg delikatnie opadał na ich twarze od razu stając się cieczą. Wszystko było takie magiczne, zupełnie jak ten czas. Blondynka pchała wózek swojej mamy, która dodatkowo została przykryta kocem. Z uśmiechem na twarzy obserwowała ludzi, którzy krzątali się po ulicach. One pomału, spacerkiem przemierzały ulicę Nowego Jorku - ciesząc się każdą drobnostką. Nauczyły się tego. Ich życie nie było za piękne, musiały liczyć tylko na siebie, nikt nie mógł im pomóc, przecież miały tylko siebie - dlatego blondynka tak szanowała, pomagała swojej mamie - kochała ją całym sercem i nie darowałaby sobie gdyby straciła ją. Musiała wierzyć, że rak pewnego dnia ustąpi, że wszystko wróci do normy.
Idąc ulicą myślała o Justinie. Zastanawiała się co teraz robi, o czym myśli. Chyba za nim tęskniła i dałaby wiele, aby móc się z nim dziś zobaczyć. Nawet kupiła mu mały prezent. Była to biała koszulka z czarnym napisem - bądź silny. Lauren naprawdę wierzyła w chłopaka, pokłada w nim największą nadzieję. Chciała, żeby oduczył się ćpać, panował nad pragnieniem. Wiedziała, że trochę to potrwa.
Wróciły do domu, a blondynka zaczęła nakrywać do stołu. Pod biały obrus położyła trochę sianka. Ułożyła dwa talerze, a także trzeci dla niespodziewanego gościa. Ułożyła dwanaście potraw na stole, oczywiście w małych ilościach i zaprosiła do stołu mamę dając jej do ręki opłatek.
- Życzę Ci córciu, żebyś czuła się szczęśliwa, żeby nic Ci się nigdy nie stało, żebyś była ciągle tą samą pomocną osobą, którą jesteś teraz, żebyś znalazła kogoś, kto będzie dla Ciebie wsparciem. - szepnęła jej mama do ucha kiedy Lauren nachyliła się, aby ucałować jej policzko. Oboje się wzruszyły. Nie mogły znieść myśli, że kiedyś zostaną rozłączone.
- Życzę Ci mamo zdrowia, wiele zdrowia i wesołych świąt. - odpowiedziała blondynka przytulając się do mamy.
Smutną, rodzinną atmosferę przerwało pukanie do drzwi. Lauren pobiegła sprawdzić kto to taki. Otwarła drzwi i ujrzała w nich Justina. Był ubrany w czarny płacz, opatulony szalikiem, a jego włosy były troszeczkę zmoczone i rozczochrane, jednak wyglądał lepiej. Był ogolony, zadbany a przede wszystkim wyspany.
- Wesołych Świąt Lauren. - powiedział cicho uśmiechając się do dziewczyny.
- Wesołych Świąt Justin. - szepnęła Lauren przytulając do siebie chłopaka. Już naprawdę nie chciała niczego innego. Znajdując się w jego ramionach znalazła ukojenie, nie czuła, aż takiej pustki. W jego ramionach czuła się po prostu bezpieczna. Pokochała to uczucie, pokochała chłopaka, który stawił się własnym nałogom - całym sercem.


29 grudzień 2010, Nowy Jork


"Droga Lauren,


byłem zmuszony napisać do Ciebie list - to chyba jedyny możliwy sposób komunikacji. Nie chcę stracić z Tobą kontaktu. Potrzebuję Cię, tak czuje, moje serce domaga się Twojego głosu. Dziwnie się czuję pisząc Ci to, przecież potrafię mówić, ale jednak nie mogę - to naprawdę dziwne.
Kiedy odwiedziłem Cię w Święta zapomniałem podziękować, a przecież to takie istotne.
Dziękuję, że we mnie uwierzyłaś i nie pozwoliłaś mi dalej cierpieć. Wiem, że nie będzie mi wcale łatwo, ale dążę do jednego celu, a jest nim całkowite wyleczenie się z narkomani. Często mnie kusi, często nie mogę już wytrzymać, a wtedy przypominam sobie Twój uśmiech, Twój zniewalająco piękny uśmiech. Pomagasz mi. Nawet na odległość. Czuję Twoje wsparcie w każdej chwili, za to też dziękuję. Czuję się jakby Bóg zesłał mi Cię specjalnie, żeby mnie uratować. Widocznie sam nie dawał sobie ze mną rady.
Na odwyku jest dziwnie. Patrzę na osoby z podobnym problemem, ale nie potrafię sobie powiedzieć, że jestem taki sam, bo chyba nie jestem. Nie umiem sobie powiedzieć prawdy, to głupie. To nie jest uczucie wyższości, bo teraz już nie potrafię być egoistą wpatrzonym tylko w siebie. Dzięki Tobie otwarłem się na innych, tyle Ci zawdzięczam.
Zacząłem dużo czytać. W ciągu kilku dni przeczytałem wszystkie książki, na które kiedyś nie miałem czasu, z własnego lenistwa. Czytanie pozwala mi odkryć nowy świat, przeżyć nowe przygody, daje mi wiele radości. Naprawdę się zmieniam, sam to czuje.
Kiedy wstaje rano z łóżka i spoglądam w lustro widzę naprawdę kogoś innego niż wcześniej. Cieszę się z tych zmian. Już nie jestem zmęczonym chłopakiem. Teraz chętnie przebiegłbym parę metrów, ale rzadko pozwalają nam opuścić ośrodek. Czuję się jakbym był w nim zamknięty, czy to dziwne ?
Często przebywam sam. Mam zbyt wiele czasu na przemyślenia. Chyba zacząłem się dusić w tych czterech ścianach, ale wytrzymam, wiesz ? Dla siebie, dla Ciebie, dla mojej mamy.
Moje serce odzywa się za często, tak jakby nie chciało już dla mnie pracować. Gdyby to ode mnie zależało i gdyby tak można było zwolniłbym je i kupił sobie nowe, ale to nie takie proste. Sam mam przez nie problemy. Uciska mnie klatka piersiowa, już kolejny raz się tak zdarzyło, najczęściej w nocy. Ostatnio nawet dostałem duszności, nie mogłem złapać powietrza, aż przybiegła do mnie dyżurująca pielęgniarka i podała coś na uspokojenie.
Lekarz powtarzał, że moje serce wiele nie wytrzyma, ale ja tak bardzo chce żyć. Nie mogę stracić tego co dał mi Bóg, nawet jeżeli jestem sam sobie winien, ja po prostu nie mogę. Muszę żyć. Chce żyć.

Do zobaczenia
Justin"



Tęsknota doskwierała jej coraz bardziej kiedy przeczytała list od chłopaka. W pewnej chwili nawet poczuła się winna, został tam wysłany dzięki niej, ale przecież to dla jego dobra. Jeszcze raz przeleciała wzrokiem po kartce papieru. Tęskniła za nim jak za nikim. Chciała jeszcze raz poczuć jego ciepło. Czuła się naprawdę samotna kiedy przechodziła między dziesiątkami osób na korytarzu. Fakt, miała obok siebie Melanie, ale to było zbyt skomplikowane. Jej przyjaciółka co dzień leczyła kaca zapominając o Bożym świecie i szkole. Jednym słowem wpadła w niezłe bagno, z którego musiała w końcu wyjść, aby nie pójść na dno. Lauren nawet nie miała okazji z nią porozmawiać gdyż jej koleżanka każdą przepitą imprezę odsypiała na lekcjach. Nawet gdyby blondynka próbowała z nią porozmawiać nic by do niej nie dotarło kiedy alkohol wypełnią ją całą. Zadzwonił dzwonek. Dziewczyna wstała ze swojego miejsca chowając list Justina do książki od matematyki i wyszła z klasy od razu za innymi uczniami. Postanowiła spróbować porozmawiać z Melanie, inaczej czułaby się winna, że nawet nie próbowała. Wyszła ze szkoły. Śnieg nie dawał za wygraną od samej Wigilii, ciągle padał. Przedarła się przez wielkie zaspy śnieżne i szybko wsiadła do samochodu. Położyła plecak na miejscu pasażera i odjechała spod szkoły. Jej podróż nie trwała długa, gdyż już za chwilę parkowała na podjeździe państwa Fall'ów. Lauren wysiadła z auta i wchodząc po drewnianych schodach zapukała do drzwi. Długo nikt nie otwierał, lecz w ostatniej chwili na werandę wyszła kobieta o brunatnych włosach.
- Dzień dobry, przyszłam odwiedzić Melanie. - wyznała cicho dziewczyna witając się z kobietą.
- Dzień dobry, ostrzegam Cię, że dziś jest po prostu straszna. - oznajmiła mama dziewczyny zapraszając ją do środka. Weszła do środka tego samego domu, w którym jeszcze miesiąc, a może więcej była organizowana impreza, którą w szkole wspominają z radością w głosie. Lauren wspięła się po kręconych schodach i pukając weszła do pokoju przyjaciółki.
- Mamo, wyjdź. - odparła znudzona Melanie zakrywając sobie twarz zieloną poduszką. Blondynka podeszła bliżej przyjaciółki i usiadła na jej łóżku. Popatrzyła na nią. Była jeszcze ubrana w piżamę, a jej włosy sterczały w każdą stronę.
- Sadzę, że powinnaś się za siebie wziąć Mel. - powiedziała zdecydowanie Lauren, choć wiedziała, że brunetka nienawidziła kiedy ktoś narzucał jej coś lub kazał się poprawić, czegokolwiek wymagał. Jej przyjaciółka odwróciła się w jej stronę ukazując swoją zmęczoną twarz i rozmazany makijaż. Widok takiej Melanie był niecodzienny, zawsze była uporządkowana i uczesana, przede wszystkim umyta.
- Co Ty tutaj robisz ? - zapytała zdziwiona.
- Siedzę. - odparła wzruszając ramionami uśmiechając się cwaniacko do koleżanki.


Od autorki. - Ktoś jeszcze się interesuje tym blogiem ? Chyba sama tracę zapał.
Tagi: 6
30.06.2013 o godz. 10:29
Od autorki. Hej ! hej heeej ! Co tam u Was ? :) U mnie w końcu pogoda dopisuje, miejmy nadzieję, że będzie tak cały weekend <3 Łapcie rozdział :)

14 wrzesień 2010, Nowy Jork


Od kilku dni Justin nie pojawił się w szkole. Zresztą to lepiej, gdyż Lauren sama nie wiedziała co mogłaby mu powiedzieć. Było jej przykro, ale przecież powiedzenie przepraszam nie wchodzi w grę. Tu potrzeba czegoś innego, ale też odwagi by się na to zdobyć. Lauren była tchórzem z wyboru, a może z natury. Sama nie mgła tego określić. Od starcia z Justinem żyło jej się gorzej, miała wrażenie, że zraniła człowieka, który tylko udaje złego. Zraniła go. Zraniła Justina. Zraniła człowieka, który woła o pomoc, bo sam sobie nie radzi. Czuła się z tym jak ostatnia ofiara losu.
Dostała od jego mamy zdjęcie Saffy. Musiała przyznać, że rozumie dlaczego oboje mylili je. Były jak dwie krople wody, aż dziewczyna zastanawiała się czy jej mama nie ukryła nic przed nią, ale wiedziała, że kłamstwo akurat nie wchodzi w grę. Chodziła po domu zdołowana i nie mogła sobie znaleźć miejsca. Wiedziała, że teraz kiedy wetknęła nos, tam gdzie nie powinna Justin nie będzie traktował jej tak samo jak wcześniej. Wydawało jej się, że po mimo tego jak się zachowywał, byli bardzo do siebie podobni - lekko zagubieni - ale widocznie myliła się.
Powoli nie mogła wytrzymać tego ciężaru jaki czuła na sobie, jakby serce ją uwierało. Przeszła do swojego pokoju, otworzyła szafkę, a z samego jej dołu wyciągnęła małe pudełeczko. Otworzyła je. Zobaczyła to co zawsze ją tak cieszyło - strzykawka, heroina we woreczku - jednak nie tym razem. Przypomniał jej się tylko Justin i jego smutne oczy. Po mimo tego, że chciała to zrobić znowu - nie dała rady. Włożyła wszystko z powrotem i wyszła z z domu zakładając na ramiona ciepłą bluzę. Jednak chłopak odebrał jej całą siłę jaką dysponowała wcześniej, to było aż śmieszne. Szła ulicą i zastanawiała się jak do tego doszło. Przecież zaczęło się od tego, że bała się tego chłopaka, potem żałowała go, współczuła, aż zaczęła pomagać. Nieświadomie szła do domu chłopaka, zorientowała się kiedy przed nim zaczęła. Nie była pewna czy będzie tam mile wiedziała, na pewno nie, ale wspięła się po schodach. Zaczerpnęła świeżego powietrza i zadzwoniła do drzwi, w których po chwili pokazała się mama chłopaka. Patrzyła na nią smutno i bez żadnego problemu czy słowa wpuściła ją do środka. Była taka przygnębiona.
- Zastałam Justina ? - zapytała Lauren stojąc w małym korytarzyku. Mama bruneta nic nie odpowiedziała, chyba była już wszystkim przemęczona, należał się jej odpoczynek. - To ja może przyjdę innym razem. - zaproponowała blondynka łapiąc za klamkę. Drzwi odskoczyły.
- Justin przedawkował. - wyjaśniła ze smutkiem kobieta zanosząc się niepohamowanym płaczem. Lauren położyła sobie dłoń na usta i zaniemówiła. Na pewno zrobił to przez nią. Podeszła do jego mamy i jakby nigdy nic przytuliła ją do siebie prosząc, aby już nie płakała. W końcu się uspokoiła i spojrzała na blondynkę, która po chwili musiała zapytać :
- On żyje, prawda ? - jej oczy były przepełnione tylko nadzieją. Kobieta przytaknęła znów wtulając się z ciało Lauren. Dziewczyna kołysała ją i powtarzała, że będzie dobrze, że on z tego wyjdzie, przecież jest silny.

17 wrzesień 2010, Nowy Jork


Spędzała przy jego łóżku bardzo wiele czasu, trzymała go za rękę, bo czuła taką potrzebę, głaskała jego włosy, prosząc, aby już się obudził. Według lekarzy Justin i tak miał wiele szczęścia. Jego wątroba została prawie wyniszczona przez narkotyki. Wszyscy powtarzali, że jeżeli nie przestanie brać - umrze, i to już niedługo. Jedynym ratunkiem dla niego może być półroczny odwyk podczas którego zostanie oduczony brania, nie będzie już chciał, zrozumie swoje błędy. Lauren zastanawiała się czy Justin w ogóle skorzysta z takiej oferty, nawet nie wiedziała czy jemu zależy na życiu. Chciała żeby żył, bo ostatnio zauważyła, że jej zależy na nim - nawet bardziej nic się spodziewała. Patrzyła na niego z tęsknotą, każdego dnia. Miała nadzieję, że się wybudzi z tej cholernej śpiączki, że nie umrze, bo przecież wina spadłaby na nią, a przecież nie chciała jego śmierci. Nawet nie zauważyła kiedy zbliżyła się do mamy Justina - Pattie. Opowiedziała jej całe życie jej syna. Mówiła, że był wspaniały, ale potem wszystko przekreśliła śmierć Saffy. Lauren się nawet nie dziwiła. Wiedziała, że zachowywała by się tak samo, może nawet gorzej.

24 październik 2010, Nowy Jork


Nie traciła nadziei. Siedziała przy jego szpitalnym łóżku i obserwowała każdego dnia. Nie mogła zliczyć ile to już razy była w kościele, jak gorliwie się modliła o jego zdrowie. Nawet nie spostrzegła kiedy stał się dla niej osobą najważniejszą. Nie musiał nic robić. Samo to, że oddychał wprawiało Lauren z zachwyt. Czasami miała wrażenie się się porusza, że wszystko wraca do normy, ale każde następne badanie przekreślało wszystko. Jego stan nie poprawiał się, Justin po prostu dryfował między dwoma światami, możliwe, że sam mógł wybrać gdzie chce przebywać już zawsze. Blondynka miała szczerą nadzieję, że wybierze dobrze, że wybierze ją. Była skłonna udawać nawet Saffy, żeby tylko był szczęśliwy - jednak wtedy posunęłaby się do kłamstwa - mogłaby wszystko przekreślić.
Tagi: part 5
07.06.2013 o godz. 14:02
Od autorki. No nie mogę, dodaję rozdziały co dzień <3 Fajnie tak wrócić do starych czasów. Fajne, że jesteście <3 Bardzo dziękuję !

5-6 wrzesień 2010, Nowy Jork


Odpowiedź ze strony Justina coraz dłużej nie nadchodziła, jakby czas się dla niego zatrzymał. Wykrztusił usta w wyraźnym grymasie i zamiast patrzeć na Lauren zamknął oczy. Spod powiek chłopaka wyleciała łza. Spłynęła po jego policzku, brodzie, aż w końcu opadła na jego dłoń, którą po chwili zacisnął w pięść. Nagle Lauren poczuła ukłucie w sercu, nie powinna pytać, ale przecież chciała tylko wiedzieć, tylko mu pomóc. Patrzyła na Justina z przejęciem i troską.
- Mogę coś dla Ciebie zrobić ? - zapytała chcąc tylko i wyłącznie naprawić swój błąd. Odwrócił swoją zapłakaną twarz w jej stronę i szepnął :
- Zabierz mnie do domu.
Lauren wykonała jego polecenie. Pomogła mu się podnieść, a wcześniej wypytała o dokładny adres. Okazało się, że Justin ma mamę, którą często rani. Blondynka wyprowadziła chłopaka z imprezy i zamówiła taksówkę, która podjechała pod dom Fall'ów błyskawicznie. Zapakowała do niej Justina a po chwili przemieszczali się między ulicami Chicago. Stanęli przed jednorodzinnym domem, lecz była już noc, więc nie można było dostrzec koloru domu. Brunet niepewnie stąpał po ziemi kiedy wchodził do ogródka i na schody - na pewno bał się reakcji mamy - w końcu znów był naćpany, zaś Lauren trzymała się tuż za nim. Miała tylko oddelegować go do domu i wracać. Drzwi od mieszczenia się uchyliły, a wyjrzała przez nie niewysoka, opalona brunetka łapiąc Justina za łokieć.
- Znowu ? - zapytała zdruzgotana. Miała nadzieję, że jej syn czegoś się nauczył, że w nowej szkole nie pozwolą tak wyglądać. Nie miała żadnej kontroli nad swoim synem, straciła ją już bardzo dawno, ale wciąż miała nadzieję, że ten stary, uśmiechnięty Justin powróci pewnego dnia. Chłopak został wciągnięty do środka, a przy zamykaniu drzwi mama bruneta dostrzegła Lauren i aż prawie nie zemdlała. Patrzyła na nią jak na ducha, jakby za chwilę miała zejść, była przestraszona i strasznie blada.
- Saffy ? - zapytała po cichu jakby mówiła do siebie, ale jednak patrzyła na zdezorientowaną blondynkę. Przyglądała się jej ze zdziwieniem. - Kim jesteś ? - zapytała ponownie kiedy Lauren nie odezwała się słowem. Patrzyły na siebie w ciszy.
- Jestem koleżanką Justina, Lauren. Przywiozłam go tutaj z imprezy. - wyjaśniła szybko, aby mieć kolejne nieporozumienie z głowy. Kobieta jakby nagle wypuściła całe powietrze z płuc, chyba poczuła ulgę. Blondynka była strasznie ciekawa o co też chodzi, przecież ona NIE BYŁA ŻADNĄ SAFFY.
- Czy mogę z panią porozmawiać, proszę. - zapytała bardzo poważnym tonem głosu, aby kobieta ją tak samo potraktowała, dorośle.
Na dworze robiło się już zimno, było grubo po północy, a ubranie Lauren naprawdę nie należało do odpowiednich przy takiej temperaturze.
- Tak, wejdź. - odpowiedziała kobieta po pewnym czasie namysłu.
Wnętrze mieszkania było bardzo przyjemne, gustowne, przemyślane. Wszystko ze sobą współgrało. Mama Justina zaprowadziła Lauren do salonu w kolorze krwistej czerwieni. Każdy dodatek był tam biały - kanapa, obicia krzeseł - ale przez to bardzo ładnie. Usiadły na sofie i popatrzyły na siebie.
- Jesteś do niej taka podobna. - wymruczała kobieta badając twarz Lauren. Czuła się niezręcznie. Nawet nie wiedziała o kim mowa.
- Miałam nadzieję, że pani mi trochę o niej opowie. Justin często mnie z nią myli. - wyjaśniła smutno blondynka mając nadzieję, że kobieta nie jest tak czuła na tym punkcie co jej syn.
- Saffy była dziewczyną Justina. - zaczęła wspominając tamten czas, było to widać w jej oczach. - Poznali się na balu wiosennym w pierwszej klasie. Byli nierozłączni i zakochani. - przerwała wpatrując się we wyłączony telewizor - Saffy odebrała sobie życie. - powiedziała szybko mama Justina próbując zapomnieć o tamtych wydarzeniach i uczuciach. - Okazało się, że była w ciąży. Nie chciała mu niszczyć życia, byli tacy młodzi. - przyznała ze smutkiem. Wszystko w głowie Lauren ułożyło się w logiczną całość. Już wiedziała wszytko, tylko dlaczego według nich była tak rażąco do niej podobna.
- Ma może pani jej zdjęcie ? - zapytała blondynka z nadzieją. Kobieta przytaknęła i podała jej małą fotografię. Lauren nawet nie zdążyła sobie na nią zerknąć, gdyż nagle każde rozmyślenie przerwał odgłos tuczącego się szkła.
- Nie, nie, nie ! - krzyczał ktoś zza ściany.
Mama Justina zerwała się na równe nogi, Lauren zresztą też. Wszystko dochodziło z kuchni, w której się nagle znalazły. Był w niej brunet. Rzucał talerzami na prawo i lewo, klnąc jak najgłośniej się da przecierając sobie zmęczone od płaczu oczy.
- Cierpię każdego dnia !- zwrócił się do blondynki ze spojrzeniem, które prawdopodobnie potrafiło zabijać. - Od jej śmierci wszystko się zmieniło !- krzyknął rzucając kolejnym talerzem o ścianę. - Stałem się silniejszym człowiekiem, złym człowiekiem. Dlatego jestem sam ! - wrzasnął Justin. Był wściekły, tylko złość z niego emulowała. Jego oczy były czerwone jak nigdy. Dokładnie mogła zauważyć każdą jego żyłę, która pojawiła się na jego karku. Były czerwone. Stał się nagle kimś innym. Wcieleniem diabła.Lauren wycofała się z kuchni, a potem z domu ściskają w ręce zdjęcie dziewczyny a także nie spuszczając wzroku z Justina. Było jej tak strasznie źle, przykro, smutno, a przecież chciała, aby pomóc.


10 komentarzy = 5 rozdział <3
Tagi: part 4
03.06.2013 o godz. 21:51
Od autorki.Te rozdziały lecą i lecą. Dziękuję za tak pozytywne komentarze! Muszę Wam jakoś podziękować za to, że jesteście ze mną tak długo. Niektórzy odchodzą, ale niektórzy zostają i chwała im za to ! <3

5 wrzesień 2010, Nowy Jork


Przypatrywała się mu z żalem, współczuciem, ale też rozczarowaniem, gdyż Justin był naprawdę zdolnym chłopakiem. Ujmowało ją to jak pięknie posługuje się językiem, jak wspaniale oblicza zadania na matematyce, musiała przyznać, że był od niej lepszy. Jedynym problemem Justina była częsta nieuwaga na lekcjach, spóźnienia, opuszczanie przypadkowych zajęć, częste pomyłki co do Lauren i te cholerne tabletki, które dziwnie na niego działały. Chyba tylko blondynka to zauważyła, nikt tak naprawdę nie interesował się brunetem - był sam dla siebie - raczej nie miał nikogo.
Lauren cały czas przebywała z Melanie. Stały się najlepszymi przyjaciółkami. Jasnowłosa często nie wiedziała jak się ma zachować, gdyż to była jej druga najlepsza przyjaciółka. Razem przemierzały drogę do szkoły, gdyż okazało się, że spotykają się po drodze do niej, poznawały budynek, panujące w nim zasady, nauczycieli a przede wszystkim swoich rówieśników. Jednak Lauren nie interesowała się żadną nową znajomością. W tłumie zawsze szukała Justina. Czuła, że to jej obowiązek, że musi mu pomóc, obojętnie w jaki sposób.
W piątek wieczorem szykowała się impreza, którą urządziła właśnie Melanie pod nieobecność rodziców. Blondynka nigdy nie była rozrywkowa, więc nie paliła się na dzisiejszy wieczór tak jak połowa szkoły. Różniła się od swojej przyjaciółki, ale jednak dogadywały się. Melanie była rozgadaną, roześmianą i przede wszystkim lubianą osobą w szkole, od pierwszej chwili - tego samego nie można było powiedzieć o blondynce - po prostu jakby była jej cieniem w dodatku niewidzialnym cieniem, ale Lauren to nie przeszkadzało. Wystarczyła jej jedna, prawdziwa przyjaciółka niż grono fałszywych, nie miała problemu z kim tym razem usiąść na stołówce, jednym słowem nie przeszkadzała jej popularność Melanie.
Kiedy Lauren wróciła do domu w całkiem niezłym nastroju jej mama była aż zdziwiona. Wiedziała, że jej córka miała problemy z odnalezieniem swojego towarzystwa, ale teraz, kiedy jej się to udało, była po prostu dumna. Lauren była dla niej największym szczęściem jakie kiedykolwiek dostała od życia. Patrzyła na nią z niebywałą miłością w oczach, w końcu była to jej jedyna rodzina.
Spędzała z mamą wiele czasu i co chwilę próbowała się w sobie zebrać, aby powiedzieć jej o imprezie, ale jakoś nie mogło jej to przejść przez gardło. Lauren Shaw idzie na imprezę, w poprzedniej szkole wiedzieli, że to absurd i od razu by ją wyśmiali, ale nie tutaj. W liceum mogła się wykreować od nowa, być kimś innym, kimś lubianym, kimś nowym.
- Mamo ? - zaczęła niepewnie kiedy razem ze swoją rodzicielką siedziała przy stole jedząc podwieczorek składający się z paru owoców. Starsza kobieta podniosła swoją głowę i spojrzała na córkę oczekując jej dalszej wypowiedzi. - Melanie urządza dziś mała imprezę, tak dla naszej klasy. Chciałam zapytać czy mogę na nią iść ? - zapytała trochę przestraszona swoim małym kłamstwem. Impreza była zorganizowana dla całej szkoły, nie tylko klasy, ale to małe kłamstwo nijak wpłynie na odpowiedź mamy, była pewna.
- Cóż, skoro masz znajomych i Cię zaprosili to proszę bardzo. - odpowiedziała z uśmiechem gryząc jabłko. Lauren prawie podskoczyła na krześle, a jej oczy ledwo nie wyleciały. Nie mogła uwierzyć, że mama pozwoliła jej iść na imprezę, taką prawdziwą. Ucałowała jej policzek, mocno przytuliła i pobiegła do swojego pokoju, aby poszukać jakiegoś stroju. Nie mogła patrzeć na to, że jest wrzesień i może być jej trochę zimno, musiała po prostu wyglądać niesamowicie. Ubrała się w krótkie po przedzierane spodenki oraz bluzkę z opuszczonym rękawem na jedną stronę, tak, że odsłaniała jej nagie ramię. Przeszła do łazienki i wyciągnęła parę kosmetyków. Zwykle się nie malowała, robiła to, aby tak dla zabawy, ale teraz musiała zrobić to na poważnie. Podkreśliła swoje szare oczy ciemną kredką i wydłużającym oraz pogrubiającym tuszem do rzęs, dodała także czarny cień do powiek i była gotowa. Patrząc w lustro nie mogła uwierzyć, że to ona. Wyglądała bardziej doroślej.
Przeszła z powrotem do kuchni i pokazała się mamie, która klasnęła w ręce z podziwu również nie mogąc uwierzyć, że ma tak piękną córkę. Lauren uśmiechnęła się do mamy zakładając na wejściu swoje białe trampki za kostkę. Z powrotem znalazła się w kuchni gdzie pomogła mamie przejść do pokoju,a także przebrać się w piżamie i położyć do łóżka. Zawsze tak robiła, pomagała jej jak mogła. Włączyła telewizor i podała kobiecie pilot spoglądając na nią badawczo.
- Jesteś pewna, że mogę wyjść ? - upewniła się siadając obok mamy łóżka na drewnianym taboreciku. Kobieta lekko się uśmiechnęła i przytaknęła. Lauren wstała z krzesła ucałowała mamę i szepnęła. - Dziękuję, jakby coś było nie tak to dzwoń, odbiorę. Nie wrócę późno. - oznajmiła znikając w drzwiach. Przeszła przez niewielki korytarz, jeszcze raz upewniła się, że wszystko ma i wyszła z domu zamykając go na klucz. Modliła się, aby mamie nic się nie stało. To byłaby tylko wina Lauren jeżeli coś stałoby się pod jej nieobecność. Odgoniła od siebie złe myśli i cicho zaczerpnęła powietrze spoglądając na zegarek w telefonie. Była godzina szósta, wyszła w sam raz, aby pomóc Melanie w przygotowaniu imprezy, która miała zaczynać się o ósmej. Przemierzyła jedną ulicę, drugą, aż znalazła się pod jej domem. Bez pukania znalazła się w środku. Było w nim cicho, przynajmniej na dole, z góry dobiegała głośna muzyka. Lauren wspięła się po kręconych schodach i otworzyła drzwi zza których słyszała muzykę. Melanie siedziała przed szafą wpatrując się w nią. Od czasu do czasu popijała piwom które trzymała w ręce.
- Cześć. - rzuciła czarnowłosa nie spuszczając wzroku z ubrań. Nie miała pojęcia w co się może ubrać, musiała wyglądać najlepiej. W końcu skierowała swój wzrok na blondynkę i prawie wyszły jej oczy.
- Dziewczyno ! Świetnie wyglądasz ! - krzyknęła zachwycona wstając z podłogi. Oglądnęła swoją przyjaciółkę ze wszystkim stron i jeszcze raz wydała radosny okrzyk podczas którego Lauren nieco się zaczerwieniła.
Blondynka okazała się najlepszą pomocną dla Melanie. Wybrała jej strój, umalowała i ułożyła włosy. Jak przypuszczała było to zupełnie łatwe, gdyż jej przyjaciółka sama w sobie była piękna. Dużo nie musiała robić, aby stała się gwiazdą dzisiejszej nocy.
- Co przygotowałaś ? - zapytała ciekawa Lauren patrząc na brunetkę, która wywróciła oczami prowadząc przyjaciółkę do kuchni. Na środkowym blacie leżało mnóstwo paczek chipsów, butelek z piciem, piwa, wódki. Z boku leżały kolorowe ozdoby, które blondynka od razy chwyciła w swoje ręce. - Zajmijmy się najpierw tym. - zaproponowała łapiąc ozdoby w ręce. Zabrały wszystko do ogrodu. Był wieczór, ale ciepło wciąż trzymało. Porozwieszały balony na sznurkach, serpentyny i konfetti, które po czasie wybuchnie.
Impreza trwała od dobrych dwóch godzin, wszyscy bawili się doskonale. Przeszyła prawie cała szkoła, bez żadnych wyjątków. Ogródek państwa Fall'ów na jedną noc zamienił się w naprawdę dobry, nocy klub. Jednak Lauren nie potrafiła znaleźć sobie miejsca między tymi ludźmi. Wypiła jedno piwo i tak naprawdę miała dosyć. Parę chłopaków prosiło ją do tańca, ale nie zgadzała się uciekając gdzieś między tańczące pary. W końcu dostała się do domu i usiadła w fotelu gdzie nikt nie miał wstępu. Rozłożyła się na nim i na chwilę zamknęła oczy.
- Saffy, jesteś. - odparł zdumiony, zachrypnięty męski głos. Lauren od razy otworzyła oczu i rozglądnęła się po pomieszczeniu. W drzwiach stał Justin. Wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle kiedy widziała go w szkole. Cały czas szeptał coś pod nosem patrząc na blondynkę z uśmiechem. Wszedł w głąb pomieszczenia siadając naprzeciw Lauren w innym fotelu.
- Już Ci mówiłam, że nie jestem Saffy, Justin. - odparła już znudzona zachowaniem chłopaka. Zupełnie nie widziała w tym sensu. Powtarzała mu to nie raz.
- Wygłupiasz się. - skomentował brunet i machnął swoją bladą ręką. Dopiero teraz kiedy odsłonił kawałek swojej ręki Lauren zauważyła ukłucie pozostawione po strzykawce. Blondynka wiedziała jak powstały, w końcu niedawno sama sobie pomagała narkotykami, była pewna, że jeżeli zaszłaby taka potrzeba zrobiłaby to znowu. Odruchowo spojrzała na swoją rękę czy oby nie widać śladu po ukłuciach. Nic na niej nie było.
- Jesteś naćpany. - powiedziała cicho Lauren wstając z fotela a podchodząc do swojego znajomego. Uśmiechnął się, ale był nieobecny. Przyklęknęła obok niego i spojrzała w jego zmęczone, czekoladowe oczy. Nie mogła zrozumieć dlaczego tak bardzo, tak często niszczy sobie życie przez narkotyki, ale nagle wszystko stało się jasne. Myli ją z kimś, z dziewczyną, mówi, żeby nie odchodziła, nie po raz kolejny, pakuje w siebie w żyły tonę narkotyków. Wiedziała co może być grane.
- Justin, kim była Saffy ? - zapytała wyczekując odpowiedzi chłopaka.

10 komentarzy = 4 rozdział !

Tagi: part 3
02.06.2013 o godz. 20:43
Od autorki. Dziękuję za motywację. Strasznie mi jej brakowało ostatnio kiedy pisałam następne rozdziały. Zapraszam do przeczytania następnego rozdziału. Dziękuję za tyle obserwujących i wejść ! <333 Jesteście kochani ! :)
Jeżeli chcesz być informowanym o nowym rozdziale napisz to w komentarzu albo zostaw swój numer GG.


27 czerwiec 2010, Chicago


Zakończenie roku było tak samo dziwne jak pogoda za oknami sali gimnastycznej. Nikt nie mógł się połapać w tych zmianach - raz deszcz, raz słońce.Jednak to nie psuło nastawienia uczniów do tegorocznych wakacji, wręcz przeciwnie. Każdy się cieszył i opowiadał kolegom, koleżankom o swoich planach na nadchodzące dwa miesiące.
Lauren siedziała w pierwszym rzędzie, na samym środku przyodziana w czarną sukienkę z krótkim rękawkiem, w której czuła się nie za komfortowo, gdyż po raz pierwszy od dawna odsłaniała tak wiele swojego ciała. Co chwilę poprawiała krótką sukienkę i wymuszała uśmiech.
Kiedy akademia się rozpoczęła wszyscy umilkli, nawet Lauren przestała się wiercić próbując wsłuchać w słowa dyrektorki. Mówiła o rozpoczęciu dorosłego życia, o decyzjach, które mogą zmienić bieg przyszłości, o ludziach, których będziemy pamiętać jeszcze bardzo długo. Blondynka rozglądnęła się po buziach ludzi, z którymi chodziła do klasy. Wcale nie będę za nimi tęsknić - pomyślała odwracając się z powrotem w stronę pani dyrektor. Z żadnym z nich się nie zżyła, no może z Kate, ale przecież wyjechała dwa lata temu do Polski. Nie miały żadnego kontaktu, a Lauren przypadło spędzić dwa lata gimnazjum bez prawdziwej przyjaciółki, w ogóle bez przyjaciół. Było jej nawet dobrze, tak samej. Nikt nie zwracał na nią uwagi, miała wiele czasu, dobrze się uczyła, mogła opiekować się mamą, lecz czasem chciałaby, aby ktoś zadzwonił na jej telefon i zapytał czy nie ma ochoty gdzieś wyjść.
Przyszedł czas na wręczenie dyplomów. Lauren kończyła gimnazjum z najwyższą średnią, z najlepiej napisanymi sprawdzianami kończącymi, jako najlepsza uczennica. Uśmiechnęła się do pani dyrektor kiedy podchodziła po wyróżnienie i uścisnęła jej rękę, chciała mieć to już za sobą, nie lubiła być w centrum uwagi.
Do domu wróciła wcześniej niż ktokolwiek z jej klasy, gdyż inni zostali na sali, aby pożegnać się. Nawet nie zwrócili na nią uwagi, więc nie miała na co czekać. Przy wyjściu spojrzała parę razy na salę gimnastyczną, na panią dyrektor, na uczniów i nauczycieli mówią ciche żegnaj, lecz tak naprawdę nie będzie za nimi tęsknić. Już nie mogła się doczekać pójścia do liceum, zaczęcia dorosłego życia.
- Lauren, to Ty ? - zapytała mama, gdy tylko drzwi się zamknęły.
- Tak ! - krzyknęła głośnej, aby kobieta usłyszała.
Od razu kiedy zdjęła buty powędrowała do pokoju swojej mamy i usiadła obok niej na małym krześle. Jak co dzień wpatrywała się w okno tym razem siedząc na wózku inwalidzkim. Jej stan zdrowia naprawdę się poprawiał, a blondynka nie wiedziała jak dziękować Bogu, za to, że odebrał jej mamie chociaż trochę tego cierpienia z jakim użerała się na co dzień. Z uśmiechem przytuliła do siebie słabe ciało mamy i zaczęła jej opowiadać o zakończeniu roku, a także pokazywać swoje nagrody. Kobieta była zadowolona ze swojej córki jak nikt inny na świecie.

15 sierpień 2010, Nowy Jork


Wakacje Lauren mijały bardzo, bardzo szybko. Nawet się nie obejrzała a już był sierpień. Pogoda dopisywała każdego dnia. Nawet parę razy wyszła ze swoją mamą, na krótkie spacery - tak właśnie spędzały każdy dzień. Opiekowała się mamą, chodziła po domu, rozmawiały, albo wkładała słuchawki w uszy i wychodziła z domu, aby odpocząć. Zrobiła tak i tym razem. Zamknęła za sobą drzwi, gdyż jej mama zasnęła. W razie, gdyby się obudziła zostawiła jej kartkę z dokładnym opisem gdzie jest, aby się nie martwiła.
Szła piaszczystą drogą. Szlochała i czuła jak opada z sił. Jak jej serce powoli rozpada się na miliony kawałków.
Minęła jezioro, a woda w nim falowała pod wpływem wiatru. Panowała cisza przerywana jedynie dzwonieniem jej bransoletek. Nie słyszała nic poza swoimi myślami i szumem lekkich fal. Poczuła jak potrzebuje bliskości taty. Człowieka, który był z nią zawsze. Kogoś kto był, lub cały czas jest wsparciem, w każdej życiowej decyzji. Dobrze wiedziała, że tata przeszedłby z nią przez każdy zarywający się mos i podałaby jej rękę, gdy upadała. Bez takiej osoby nie da się żyć ,wszystko wydaje się smutne. A juz parę lat żyje bez niego. Upadała .... Nie raz, ale jakoś zawsze się podniosła, a przecież teraz nie ma już osoby ,która trzymała ją jak grawitacja.
Wiedziała, że tata zostawił ją tylko ciałem, gdyż jego dusza ciągle jest gdzies obok. Wie, że to dzięki jego duchowemu wsparciu jeszcze nie zwariowała, że dzięki niemu nadal żyje i może dbać o mamę.

1 wrzesień 2010, Nowy Jork


Tak samo jak przeminęły wakacje, tak samo szybko nadszedł nowy rok szkolny, w którym Lauren chciała zmienić wszystko. Musiała zmienić. Ponownie ubrana na galowo przekroczyła nowy mur, nowej szkoły. Miała w niej spędzić następne trzy lata. Weszła na salę, gdzie większość uczniów zajęła już swoje miejsca.Do krzeseł były po przywieszana nazwiska, więc każdy szukał swojego. Blondynka zrobiła to samo. Przechodziła między rzędami krzeseł i wypatrywała swoje nazwisko. W końcu je znalazła, na samej górze, obok chłopaka ze spuszczoną głową. Już miała siadać kiedy nieznajomy chłopak wyciągnął swoją twarz do góry, spoglądając na nią z radością. Widząc dziewczynę uśmiechnął się i nakazał jej usiąść. Za to Lauren stanęła jak wryta. Był to ten sam chłopak, który ją pocałował, który rozmawiał z powietrzem. Nie wiedziała co zrobić. Patrzyła na niego zapominając o oddychaniu, aż w końcu zaczęła się dusić.
- Spokojnie Saffy. - odezwał się klepiąc ją po ramieniu. Jednak blondynka odgoniła jego rękę i sama próbowała złapać oddech, co udało jej się dopiero po chwili. Nadal nieco przestraszona usiadła obok chłopak przyglądając mu się z boku. Z bliska był nieco inny. Miał strasznie podkrążone oczy, jego żyłki w oku były całe czerwone, a włosy, które niedawno były jeszcze ułożone opadały na jego zmęczone oczy. Również zarost chłopaka można było dostrzec po pierwszym rzucie oka, po prostu wyglądał niechlujnie.
- Wyjaśnijmy sobie coś. - zaczęła Lauren biorąc głęboki oddech. - Nie jestem Twoją dziewczyną, musisz mnie z kimś mylić i na pewno nie mam na imię Saffy. - wyjaśniła bardzo powoli, aby chłopak wszystko zrozumiał tak jak należy jednak zdawało jej się, że nic do niego nie dotarło. Patrzył na nią jakby była jakąś gwiazdą, przynajmniej takie było jej wrażenie. - Nie jestem Saffy. - powtórzyła dwa razy głośniej, aby oprzytomniał. - Jestem Lauren. - wyjaśniła podając mu swoją bladą rękę w małej obawie, ale zrobiła to. Brunet uściskał jej dłoń, a także delikatnie ucałował. Lauren poczuła na swojej skórze kujący zarost chłopaka, ale lubiła to uczucie. Mimowolnie się uśmiechnęła.
- Justin. - powiedział cicho chłopak wpatrując się wprost w szare oczy blondynki. Trwało to przez krótką chwilę, ale dziewczyna i tak uznała, że to zbyt długo. Poprawiła się na fotelu i wyrwała dłoń z uścisku chłopaka. Popatrzyła na scenę, na której jeszcze nikt się nie pojawił i prosiła, aby to zakończenie jak najszybciej dobiegło końca, gdyż wciąż czuła na sobie wzrok Justina.
Nagle obok niej usiadła brązowowłosa dziewczyna kładąc swoją torbę na jej kolanach. Lauren nieśmiało kaszlnęła, aby ta ją zabrała. Odwróciła się w jej stronę i natychmiastowo zabrała torebkę.
- Przepraszam ! - zaczęła patrząc na nią błagalnie. - Nie zauważyłam Cię, słowo. - dodała po chwili unosząc dwa palce w górę jako przysięgę. Blondynka jej uwierzyła i nie potrafiła się gniewać, w końcu nic się takiego nie stało.
- Wszystko w porządku. - uspokoiła brunetkę podając komuś rugi raz tego dnia swoją rękę. - Jestem Lauren. - przedstawiła się z delikatnym uśmiechem i zauważyła, że przyszło jej to z niebywałą łatwością.
- A ja Melanie. - odparła dziewczyna naśladując gest i zachowanie nowo poznanej przyjaciółki. - I jeszcze raz przepraszam. - powtórzyła. Musiała naprawdę czuć się winna w swoim zachowaniu, jednak Lauren naprawdę się nie gniewała. Wszystko było w znakomitym porządku.
Okazało się, że są razem w klasie. Jakoś tak wyszło, że razem z Justinem, choć blondynce się to wcale nie uśmiechało. Nie rozumiała zachowania chłopaka, dla niej było dziwne. Już po raz kolejny pomylił ją ze swoją dziewczyną. Wszystko zdawało jej się teraz dziwne.
Kiedy akademia dobiegła końca zaczęła rozglądać się po sali. Wszyscy powstawali ze swoich miejsc i udali się do wyjścia. Tak samo zrobiła Melanie żegnając się przed tym ze swoją nową przyjaciółką. Została tylko ona i Justin jednak chłopak chyba nie zauważał jej. Wyjął z kieszeni parę tabletek i połknął je, bez żadnego picia. Lauren chwile zastanawiała się co to za tabletki, ale zaraz po tym zrozumiała, że lepiej nic nie wiedzieć i po prostu odejść. Wstała z miejsca poprawiła swoją sukienkę i ruszyła kierunku wyjścia.
- Saffy ! - krzyknął za nią Justin - Nie odchodź ! Nie po raz kolejny ! - dodał po chwili, a jego słaby i błagalny ton głosu zaczął się odbijać o ściany sali. Blondynka naprawdę się przestraszyła, zaczęła biec, aby mieć za sobą jego. Wiedziała, że te trzy lata mogą być najgorszymi w jej życiu. Nagle wszystko ucichło, ale usłyszała ciche łkanie, to był on, płakał. Odwróciła się na chwilę, aby spojrzeć na chłopaka, który siedział jeszcze na górze i patrzył w jej stronę. Był taki zagubiony, a ona uciekała zamiast mu pomóc. Wzięła parę oddechów i mimo tego, że tak bardzo nie chciała go zostawiać, bo po prostu się bała - odeszła.


10 komentarzy = 3 rozdział !
Tagi: part 2
02.06.2013 o godz. 12:47
Od autorki: Cześć Wam ! Dziękuję za wszystkie komentarze ! Jesteście wręcz cudowni. Od dzisiaj będę publikować najpiękniejszy komentarz i wyróżniać jego autorkę. Chciałabym, aby każdy kto przeczyta ten rozdział napisał czy mam go informować o nowym, bo teraz wysyłam wiadomości prawie do wszystkich obserwujących, a to chyba tylko strata czasu, także poświęćcie minutkę i napiszcie czy interesuje Was to opowiadanie, czy mam Wam dać spokój.


14 czerwiec, 2010, Nowy Jork


- Życzę miłego dnia ! – krzyknął za Lauren ciemnowłosy fryzjer, który jeszcze przed chwilą podcinaj jej końcówki podatnych na zniszczenia włosów w kolorze blond. Odwróciła się do niego z uśmiechem na ustach i życzyła mu dokładnie tego samego – z czystej grzeczności, która została w niej zasiana od najmłodszych lat.
Szła powoli chodnikiem wykładanym kostką. Mając na swoich szarych oczach ciemne okulary z łatwością spoglądała w stronę słońca i cieszyła się nim. Nawet jeżeli już dawno wyrosła z zabawek nadal miała urywek duszy dziecka, któremu wszystko się podobało i wszystko cieszyło. Zaczerpnęła letniego powietrza i przeszła obok kilkunastu sklepów w ogóle nie patrząc na wystawy, a przecież to miała w zwyczaju. Dzień był upalny, jak to w Nowym Jorku. Tysiące ludzi ganiało ulicami, ale tylko Lauren nie rozumiała dlaczego. Pokręciła głową zauważając, że powoli dochodziła do parkingu, na którym zaparkowała swoje tymczasowe auto, ale niekoniecznie chciała wrócić do domu. Od śmierci taty było w nim dziwnie pusto, aż nie chciało się tam przebywać. Na jej ciele pojawiła się gęsia skóra kiedy pomyślała o jej rodzinnym domu. Jeszcze kilka lat temu naprawdę był wspaniały, teraz, został otoczony bólem, smutkiem i ogromnym cierpieniem. Ale jednak tata budził w niej uśmiech. Jako jedyne wspomnienie na świecie.
Mimo swojej niechęci Lauren wsiadła do auta i odpaliła silnik, który lekko zawarczał. Wyjechała bez żadnych trudności z parkingu i skierowała się na południową część miasta, w której mieszkała. Cicho westchnęła zaciskając ręce na kierownicy. Martwiła się o swoją mamę, ale potrzebowała chwili wytchnienia dlatego opuściła dom na parę godzin. Nie była egoistką i wiedziała, że rodzicielka jej potrzebuje, szczególnie teraz kiedy choroba zdawała się ustępować. Lauren cieszył właśnie taki rozwój sytuacji, wierzyła i gorliwie modliła się, aby tak zostało już zawsze. Żałowała, że jej mama spędziła tyle lat pod opieką lekarzy, w łóżku, wciąż połykała nowe proszki, a kroplówka była nieodłączną częścią jej życia. Jako córka starała się pomagać jej najwięcej, ale czasami była bezsilna, nie mogła nic poradzić a wtedy jedyną ucieczką była mała strzykawka a w niej zaufany przyjaciel – heroina, który uśmierzał ból, przynajmniej na jakiś czas. Wtedy już nic nie mogło jej zranić a łzy były czymś odległym, jakby nie znała bólu.
Nawet nie dostrzegła kiedy zaparkowała pod domem. Wysiadła z auta wkładając kluczyki do torebki zawieszonej na jej ramieniu. Wbiegła po paru betonowych schodach a za chwilę otwarła drewniane drzwi, które lekko zaskrzypiały.
- Mamo, jestem ! – krzyknęła od wejścia zamykając drzwi. Położyła torbę na małym taboreciku, a sama skierowała się w stronę pokoju mamy. Tak jak się spodziewała siedziała przy oknie i wpatrywała się w promienie słońca. Lauren wiele by dała, aby jej mama mogła prowadzić normalne życie, jak ona. Na paluszkach podeszła do niej i położyła rękę na ramieniu kobiety, która po chwili lekko się wzdrygnęła spoglądając za siebie. Kiedy zauważyła swoją córkę od razu się uśmiechnęła i wyciągnęła do niej ręce, aby się nachyliła. Blondynka zrobiła to co zawsze, przybliżyła się do mamy i pozwoliła, aby ta ucałowała jej włosy a następnie przytuliła.
- Jak dobrze, że jesteś. – wyszeptała kobieta do ucha swojego dziecka uśmiechając się prawie niezauważalnie. To Lauren dawała jej siłę do walki z rakiem i choć obwiniała się, że czasami nie mogła dać jej wszystkie, że nie jest normalną matką, taką jaką mają jej przyjaciółki to kochały się. Mama była dla Lauren wszystkim. Nie wyobrażała sobie dnia, w którym ona odejdzie i tak po prostu zostanie sama, bez nikogo. Blondynka próbowała zahamować na chwilę potok łez, ale nie udało jej się. Ciecz spadła po jej policzkach tak szybko, że nawet nie zdążyła jej wytrzeć. Kryształowe łzy zauważyła jej mama i od razu odsunęła od siebie córkę.
- Dlaczego płaczesz ? – zapytała ocierając łzy z jasnych policzków dziewczyny. Nie znosiła tego widoku i patrzyła na niego ze smutkiem.
- Dobrze, że jesteś. – powtórzyła słowa mamy i ponownie wtuliła się w jej ciepłe ciało próbując zapomnieć o złych myślach jakie budziła w niej przyszłość.

26 czerwiec, 2010, Nowy Jork


Pogoda się jakby pogorszyła się przez kilka dni. Wiatr nie dawał spokoju mieszkańcom Nowego Jorku i pojawiał się w najmniej spodziewanych momentach. Lauren nie mogła się przyzwyczaić do tak szybkiej zmiany pogody i z wielką trudnością patrzyła na ciemne chmury nad jej kochanym miastem. Teraz, wyglądało jakoś inaczej, nie cieszyło tak jak we wcześniejsze dni, było jakieś inne i chyba, aby blondynka to dostrzegła. Widocznie inni ludzie nie mieli na to czasu. To był cały urok Nowego Jorku. Można tu było spotkać ludzi ze wszystkich stron świata. Skupiali się w jednym miejscu w ukochanym Nowym Jorku. To miasto było otwarte dla wszystkich i łączyło ich, lecz czasami wydawało się samotne w swoim długim życiu. Samotne jak Ci ludzie, którzy pojawiali się i znikali jednego dnia. Samotne jak Ci ludzie, którzy przyjeżdżając tutaj myśleli, że odnajdą szczęście. Jednak nie. Nowy Jork to centrum kultury całego świata, ale nie spełniająca życzenia wróżka.
Wysiadła z auta parkując je na terenie szkoły i zabierając torbę z siedzenia pasażera pomaszerowała do środka budynku. Tam było zupełnie cieplej, więc mogła zdjąć futrzaną bluzę. Podeszła do swojej szafki i przekręciła w niej parę razy mały kluczył tak, że odskoczyła. Na dwóch półkach jakie Lauren dostała na początku gimnazjum widniały same książki od różnych przedmiotów. Popatrzyła chwilę na kolorową szafkę, którą sama przekształciła - nie chciała opuszczać tego miejsca, było jej tu dobre. Idąc do colleg'u wkraczała w dojrzałe życie, naprawdę się bała. Wzięła jedną z książek - od matematyki i chowając w torbę udała się do sali lekcyjnej. Przecisnęła się między paroma osobami i wyszła na korytarz gdzie nie było już takiego szumu.
- W końcu jesteś ! - odezwał się uradowany głos nieznajomego jej chłopaka a już po chwili została przyciśnięta do ściany i obdarowywana tysiącami namiętnych pocałunków. Zupełnie nie wiedziała co się dzieje. Rękę chłopaka powędrowała na perfekcyjnie ułożone włosy dziewczyny tak, że byli jeszcze bliżej siebie. Po mimo sprzeciwu Lauren, chłopak nie przestawał. - Już myślałem, że mnie olejesz, znowu. - odparł chłopak odrywając się od blondynki. Jego twarz nagle pobladła kiedy spojrzał na przestraszoną dziewczynę. Oddalił się trochę od niej, a wtedy Lauren mogła go objąć wzrokiem. Był wysokim, opalonym brunetem z oczami koloru mlecznej czekolady, na którą dziewczyna miała uczulenie. Ubrany w luźne spodnie i kolorowy T-shirt oraz parę firmowych trampek. Musiała sobie przyznać, że nigdy nie widziała go w tej szkole, już na pewno nie w mieście. Brunet nadal pozostawał w bezruchu i spoglądał na blondynkę nie dowierzając temu co zrobił, co się stało. Lauren wydawało się, że to tylko zły sen, ale wszystko działo się w rzeczywistości. Ktoś pierwszy raz ją pocałował, w usta, prawdziwie.
- Co się tak patrzysz ?! – krzyknął nagle chłopak stojący naprzeciw niej. Był w zupełniej rozsypce, sam nie wiedział co się dzieje. - No idź już sobie ! - podniósł rękę pokazując właściwą drogę. Odwrócił się i szybko odszedł w stronę zupełnie innej klasy niż blondynka, ale parę razy odwrócił się w jej stronę i badał jej wygląd. Odszedł, a dziewczyna tkwiła wciąż w tym samym miejscu opierając się o zimną ścianę szkoły. Oddychała głęboko i próbowała zrozumieć całą sytuację. W końcu pojęła, że to bez sensu, on po prostu popełnił błąd, nie ma się nad czym rozmyślać.
Lauren weszła do klasy jako ostatnia na szczęście pana od matematyki jeszcze nie było, więc zajęła swoje stałe miejsce pod ścianą i wyciągnęła potrzebną książkę oraz zeszyt. Po chwili wszystkie rozmowy ucichły a drzwi od klasy uchyliły się. Wszedł przez nie starszy mężczyzna ubrany w granatową marynarkę i jasne spodnie. Zasiadł za drewnianym biurkiem pośrodku klasy i przeliczył uczniów – wszystko się zgadzało, więc zaczął lekcje.
Blondynka od razu po wyjściu z klasy rozejrzała się po korytarzu, aby przypadkiem nie wpaść na owego bruneta. Nie chciała już mieć z nim żadnej styczności przez to co się stało rano. Nadal nie pozwalała sobie przywołać tamtej chwili kiedy jego ciepłe wargi dotykały jej zimnych ust od panującej temperatury na dworze. Nie mogła zatracić się w wspomnieniu, musiała żyć rzeczywistością, ale teraz zdawało jej się, że to wspomnienie było lepsze niż jej całe życie.
Ponownie wróciła do swojej szafki i wyjęła inny podręcznik do kolejnego przedmiotu. Już sama nie wiedziała czy brunet był wymysłem jej wyobraźni czy naprawdę tam był. Odsapnęła chwilę opierając głowę na szafce a po chwili ruszyła do klasy od historii. To były jej ostatnie lekcje w tej szkole, więc szanowała je i po raz ostatni udzielała się na lekcjach.
W końcu była wolna. Mogła wsiąść do auta i odjechać do domu, ale tego nie zrobiła. Usiadła na zimnych stopniach i zamknęła oczy czując jak wiatr zmienia się z zimnego na ciepły i obmywa jej twarz oraz szarpie włosy. Uwielbiała to uczucie, więc chciała, aby trwało jak najdłużej.
- Czuję pustkę i chyba dobrze mi z tym. – usłyszała kogoś szept nie wiadomo skąd. Odwróciła się za siebie, lecz tam nikogo nie było, wszędzie było pusto. Naprawdę zaczęła się martwić, że widzi i słyszy to czego nie powinna. Jeszcze raz spojrzała za siebie i na boki jednak nikogo tam nie było. – Wszyscy kłamią Kochanie. – odezwał się ktoś po raz kolejny. Lauren naprawdę się przestraszyła a jej głowa odwracała się we wszystkie strony. W końcu wstała z zimnych schodów i okryta bluzą jeszcze raz obadała teren. Nikogo nie było w pobliżu co przerażało ją nie na żarty. – Dobrze, że jesteś Ty. – ponownie ktoś wymruczał parę słów. Blondynka pełna obaw wychyliła głowę za obramowanie schodów. Stał tam jakiś chłopak, brunet. Jego ręce wisiały w powietrzu jakby kogoś obejmował, ale przecież nikt koło niego nie stał. Lauren przestraszyła się, ale nadal przyglądała się chłopakowi. Szeptał jeszcze wiele słów, aż w końcu spojrzał w górę i zobaczył ją. Blondynka rozpoznała w nim chłopaka, który jeszcze dzisiaj łapczywie ją całował, a teraz rozmawiał z powietrzem. Zerwała się z miejsca i chwytając swoją torebkę pobiegła w kierunku auta. Najszybciej jak mogła wsiadła do niego i odjechała spoglądając w stronę chłopaka, który jakby nigdy nic nadal mamrotał coś pod nosem i wyciągał do kogoś rękę.



10 komentarzy = 2 rozdział ! <3


Najpiękniejszy komentarz jaki otrzymałam pod wstępem pochodzi od fight-for-love :

"To jest niesamowite. Cieszę się, że mogę to czytać. Ale smuci mnie fakt, że to już ostatnia tak wspaniała historia tutaj. ale póki jesteś cieszę się z Twojego wspaniałego opowiadania, bo takie będzie. Jestem tego pewna. Bohaterowie ciekawie opasani. A prolog mnie zaciekawił, już nie mogę doczekać się pierwszego rozdziału."


Dziękuję <3
Tagi: part 1
31.05.2013 o godz. 22:52
Teraz, kiedy sobie przemyślałam całą historię - wróciłam i mam nadzieję, że nad dłużej, więc oficjalnie mogę powitać Was w ostatniej historii pisanej przez thatbeeasy. Czuje, że tak po prostu będzie lepiej, bo czas, który tu spędziłam wydłużył się strasznie. Sama nie myślałam, że tak wiele osiągnę, a jednak - dzięki Wam wszystko jest możliwe. Także z całego serca dziękuję za ostatni rok. Dziękuję za tyle wejść! Po prostu jedno, wielkie, szczerze DZIĘKUJĘ. <3
Historia pod tytułem Nothing hurts like no you czyli Nic nie rani jak brak Ciebie.



BOHATEROWIE




Lauren Shaw


"Nigdy nie próbowałam wyjść poza ograniczenia. Nigdy nie wzbiłam się wyżej niż mogłam. Jestem ptakiem zamkniętym w złotym klatce. Mną można się jedynie zachwycać. Ja nie mogę poczuć jak to jest być wolną. Jestem więźniem własnego życia, ale nigdy nie mogłabym powiedzieć, że nie kocham je za to jakie jest. To jakaś ironia losu, aby kochać to, z czego nie jesteśmy zadowoleni, a po mimo to tak się dzieje. Może kiedyś zdobędę się na odwagę - wyfrunę z klatki i poszybuję unosząc się na niebo."





Justin Bieber


" Nikt nie jest wart Twojego zaufania - wszyscy kłamią, zawodzą i czerpią satysakcję z Twoich upadków. Ludzie, którzy nas otaczają są fałszywi. Nie dałem się nabrać na ich sztuczki dlatego jestem wciąż sam. Uczucia bolą, zwłaszcza te dobre. Nie ma w nich nic pozytywnego. Nie wiem dlaczego wciąż żyję, chyba mam nadzieję, że ona wróci i zabierze moj ciągły ból "



PROLOG



22 listopad 2011


- Wróć do mnie. – szepnął brunet łapiąc jej przemarzniętą dłoń. Nawet nie próbowała jej zabrać, było jej tak ciepło dzięki jego dotykowi. Zamknęła na chwilę oczy. Zbierała w sobie siłę, aby dać sobie z nim radę i tym razem nie oprzeć się jego słowom, gestom. A było to trudne.
- Oczekujesz zbyt wiele. – odpowiedziała po dłuższej chwili głośno przełykając ślinę. Mimo, że czekała na tą chwilę kiedy to wszystko się skończy, to nie mogła uwierzyć, że to koniec. Tak wielka miłość ich łączyła, ale teraz zdawało jej się, że było to wieki temu.
- Chce być lepszy cokolwiek to do diabła znaczy ! – zapewnił chłopak z nutką smutku i nadziei w głosie, ale ona nie mogła wierzyć już nigdy więcej w jego puste słowa i obietnice jakimi darzył ją na każdym, kroku. Tym razem się nie podda, nie oprze się. Wyrwała dłoń z jego ciepłego uścisku i spojrzała w jego czekoladowe oczy po czym wymamrotała :
- Zraniłeś mnie. Nie raz. Nie zniosę kolejnego ciosu. Tak będzie lepiej Justin. Widocznie to musiało się tak skończyć. To koniec ...
Nawet jeżeli po części chciała to zakończyć te słowa ją zabolały i niechętnie przeszły przez gardło. Wzięła głęboki oddech i z bólem serca odwróciła się na pięcie, odeszła na zawsze, odeszła, bo tego chciała, odeszła, bo miała dosyć, odeszła od niego, odeszła od swojej miłości, odeszła od miejsca, w którym tak naprawdę wszystko się zaczęło. Otarła łzy spływające po jej zimnych policzkach i przyśpieszyła kroku, aby nie mógł jej dogonić, pewnie nawet nie próbował. Była coraz bardziej pewna, że jemu nie zależało. Wyciągnęła z kieszeni czystą chusteczkę i wytarła swój nos. To miał być ostatni raz kiedy przez niego płakała. To miał być ostatni raz kiedy go widziała. To miało być ich ostatnie spotkanie. To miał być koniec. Tak myślała.


10 KOMENTARZY = 1 ROZDZIAŁ


Tagi: początek.
31.05.2013 o godz. 11:49
Nocne mary nagle powróciły, ale w o wiele straszniejszym wydaniu. Szeptały niezrozumiane słowa koło uszu blondynki i wywoływały pojawienie się gęsiej skórki. Czasami przeraźliwie krzyczały podpowiadając jej coraz lepsze sposoby na szybką i bolesną śmierć – z których dziewczyna nie raz próbowała skorzystać. Głośne krzyki wydobywały się z jej pokoju przez cały dzień. Straszliwe duchy nie opuszczały jej nigdy, były z nią zawsze. Wykorzystywały jej słabość psychiczną i nie zamierzały przestać, a ona słuchała ich mrożącego krew w żyłach głosu. Nie próbowała już się bronić, ani uciekać. Była poddana ich względom, oddała im siebie, swoje życie i tak wiedziała, że umrze. Siedziała w ciemnym pokoju i jak na zagubioną osobę przystało, chciała się zaprzyjaźnić ze swoimi słabościami. Nie mówiła za dużo. Czuła, że jej myśli są im dostępne, dlatego skulona na łóżku powtarzała w swoim umyśle, że chce umrzeć, a wtedy głosy odzywały się ze śmiechem i ofertą pomocy, bardzo kuszącą ofertą.
Skulona na łóżku wpatrywała się w zasłoniętą roletę, dzięki której w pokoju panowała przyjemna ciemność. Wtedy mogła spędzać więcej czasu ze swoimi przyjaciółmi. Powiedzieć jak ciężko się jej oddycha, z jaką trudnością. Cieszyły się i nie mogły doczekać się tej chwili, w której blondynka odda ostatni wydech. Obserwowały ją dzień i noc. Rozprostowała się na łóżku wpatrując w ciemny sufit. Przejechała palcami po włosach i cichutko załkała czując przeraźliwy ból, który zaczynał się gdzieś w stopach, a kończył ze zdwojoną siłą na głowie. Zatkała sobie uszy, aby choć na chwilę poczuć ulgę, aby ktoś, kto ją gnębił i chciał jej śmierci - odszedł. Krzyknęła po raz pierwszy słysząc dźwięk otwierających się drzwi. Zacisnęła zęby kiedy usłyszała kroki zbliżające się do jej łóżka. Czuła, że to ten, który przyszedł po nią, jednak nie ruszyła się. Pozostała nieruchoma z grobową miną, zamkniętymi oczami leżała na łóżku. Kroki ustały. Ciemna postać stanęła nad łóżkiem i przez chwilę wpatrywała się w jasną twarz dziewczyny zmęczonej życiem.
- Proszę, odejdź ... - pisnęła blondynka z ogromnym bólem w głosie, który prawie związał jej gardło.Trzęsła się niesamowicie - z zimna, ze strachu. Nie mogła tego powstrzymać. - Błagam, nie dręcz mnie ... - szepnęła ponownie próbując przebłagać straszną postać, której twarz wymyśliła sobie w umyśle. Był to mężczyzna z przerażającym wyrazem twarzy. Jego oczy kipiały nienawiścią. Jego usta były brudne od krwi. Ubranie mężczyzny było poszarpane, a w ręce trzymał przedmiot, którym chciał dziewczynie zadać ból, ale ona i tak już cierpiała wystarczająco mocno. Myśląc o tym człowieku, a raczej potworze zapomniała o oddychaniu. Natychmiastowo zaczęła się dusić. Kaszlała bardzo głośno, aż w końcu z wysiłku otwarła oczy i zilustrowała pokój, w którym nie było nikogo. Zobaczyła, aby uchylone drzwi, przez które wpadało światło. Obróciła się w stronę okna i ponownie zamknęła oczy.
Szczupła sylwetka chłopaka wślizgnęła się do środka ciemnego pokoju. Przerażała go ciemność panująca w pokoju, więc od razu zapalił światło i podniósł rolety w górę. Ciepłe promienie słońca osiadły na kręgosłupie blondynki - ogrzewając ją. Po raz pierwszy od dawna, kątem oka widziała piękne niebo. Justin przyglądał się jej i nie śmiał odezwać się słowem. Podszedł jedynie bliżej łóżka i usiadł na jego skrawku. Uniósł rękę i bez zastanowienia dotknął ramienia dziewczyny pragnąc zobaczyć jej twarz. Jego ręka zatrzęsła się i zagryzł wargę czekając na reakcję dziewczyny. Nie powiedziała nic, nie spojrzała na niego tylko mocniej zacisnęła powieki. Nagle otworzyła usta i wydała z siebie krzyk, który zabrzmiał głucho w uszach chłopaka. Szybko przybliżył się do niej i próbował uspokoić.
- Jestem tutaj Bello, jestem ... Zawsze będę. - mówił z przekonaniem głaskając jedną rękę głowę dziewczyny, a drugą przyciągając ją do siebie. Całował jej czoło, ale dziewczyna zaczęła się wyrywać i krzyczeć coraz głośniej. Justin nie potrafił sobie z nią poradzić. Powoli wypuszczał ją ze swoich ramion i pozwalał uciec gdzieś daleko. Zanim się obejrzał Bella wyswobodziła się z jego opiekuńczych ramion, wstała z łóżka i jak najszybciej opuściła pokój. Brunet nie wiedział co się stało. Przez chwilę siedział oszołomiony. Dopiero po chwili wstał i wybiegł za nią modląc się, aby nic się nie stało.
Blondynka biegła na tyle szybko, na ile pozwalało jej serce. Kiedy poczuła zmęczenie obiegając do pierwszej przecznicy nie przestała biec. Zignorowała serce i jeszcze bardziej zmusiła nogi do biegu. Czuła, że żyje kiedy przemierzała ulice w szybkim tempie. wiatr głaskał jej porcelanową twarz. Delikatnie mrużyła oczy wsłuchując się w błogą ciszę, w szept wiatru. Wolność ogarnęła jej ciało. Spaliła wszystkie mosty, które mogły jej pomóc wrócić. Zawiodła każdego. Straciła każdego. Tylko jeden, jedyny Justin został z nią czuwając. Najchętniej dałaby mu jakiś order, ale nawet na to nie miała odwagi. Nienawidziła życia, jej życia, które stało się piekłem na ziemi, a przecież nie tak miało być. Miała żyć z Travis'em długo i szczęśliwie, a tu nagle zakochała się w Justinie po jego śmierci, a tu nagle nie pozostał jej nikt. Została sama jak palec. Bez matki, bez ojca, sama.
Nagle zatrzymała się. Oglądnęła za siebie głośno dysząc. Nikt za nią nie biegł. Nikogo nie było za nią. Nikogo. Podciągnęła nosem i znów usłyszała cichy, szyderczy chichot dobiegający gdzieś z jej głowy. Zamknęła oczy wsłuchując się w niego, bo mimo wszystko on był zawsze z nią, nawet jeżeli nie był prawdziwy. Złapała się za serce, czując jakby zaraz miało wylecieć jej z piersi. Usiadła na krawężniku. Spuściła głowę głęboko oddychając. Opadała z sił.

Koło godziny dwudziestej dużo ludzi zaczęło wychodzić na ulicę. Byli oni w szampańskich nastrojach, w sam raz do świętowania nowego roku. Bella nawet nie zdawała sobie sprawy, że to dziś przypada ten dzień. Pokręciła głowę i skupiła wzrok na grupce ludzi ubranych w kolorowe stroje. Zazdrościła im tej swobody, prawdziwych przyjaciół i spokoju w życiu, którego ona nie miała. Podsłuchując ich rozmowę wywnioskowała, że gdzieś nie daleko jest bardzo dobry klub. Wstała z krawężnika. Od razu zakręciło się jej w głowie. To nie było normalne, gdyż poczuła się gorzej. Cofnęła się trochę i przez chwilę nie mogła zaczerpnąć powietrza. Dopiero po chwili, ponownie się dusząc udało jej się, lecz nie zmartwiła się zaistniałą sytuacją. Chciała się zabawić. Ruszyła za grupką znajomych.
Już po dziesięciu minutach doszła na miejsce do klubu. Jego zewnętrzna część nie wyglądała za bogato, ale Bella znała się na klubach i czym uboższy na zewnątrz - tym lepszy w środku. Bez problemu weszła do środka omijając ochroniarza. Już w korytarzu spostrzegła wielu ludzi w dziwnych przebraniach. Słyszała głośną muzykę, która drgała jej sercem. Przecisnęła się do środka i stanęła na małym balkoniku, dzięki któremu miała widoczność na cały klub. Był on nowoczesny. Jego ściany pokryte były krwistym kolorem. Podłoga świeciła się milionami kolorów. Czarne obicia kanap i krzeseł wyglądały bardzo zachęcająco. Dziewczyna skoncentrowała się na ludziach. Wszyscy wyglądali cudownie błyszcząc się w kolorowych światłach. Tylko ona. Taka zagubiona. Taka ciemna postać wobec tysiąca kolorów na sali, z rozmazanym makijażem. Zdecydowanie tutaj nie pasowała, lecz zaryzykowała dla dobrej zabawy.
Muzyka ogarnęła jej ciało.
Zeszła po schodach prowadzących do baru. Nie rozglądała się dookoła. Miała tego dosyć. Z niewzruszonym wyrazem twarzy podeszła do baru i usiadła na krześle opierając łokcie o ciemny blat. Zaczęła bawić się swoimi jasnymi ustami, aż w końcu przykuła uwagę barmana, który natychmiastowo do niej podszedł. Uśmiechnął się delikatnie i zaczął rozmowę:
- Niezłe przebranie.
Dziewczyna nie wiedziała czy podziękować, czy może poczuć się urażoną, dlatego wybrała ominięcie tematu jej wyglądu.
- Coś mocnego poproszę. - spojrzała na mężczyznę. Dopiero teraz spostrzegła jaki jest on umięśniony i wytatuowany. Wyglądał na typ niegrzecznego chłopca. Bella uśmiechnęła się delikatnie i obróciła wzrok, aby mężczyzna się czegoś nie domyślił.
- Chwilę. - odpowiedział grubym, lecz przyjaznym głosem i chwycił w rękę butelkę dobrego alkoholu mieszając go z sokiem. Blondynka nie była zadowolona z tego połączenia, ale nie wybrzydzała. Złapała w ręce szklankę i jednym łykiem pochłonęła całą jej zawartość. Na koniec przejechała językiem po ustach i podała szklankę mężczyźnie.
- Nigdy wcześniej Cię tutaj nie widziałam. - wyznał blondyn uśmiechając się tajemniczo.
- Tańce, to raczej nie moje klimaty. - odparła wychylając się w stronę chłopaka. Uśmiechnął się lekko i podał blondynce następną kolejkę, tym razem czegoś o wiele mocniejszego. Bella chwyciła w rękę szklankę i ponownie wypiła na raz. - To rozumiem. - skomentowała uśmiechając się zadowalająco. - Następną poproszę. - powiedziała spoglądając na mężczyznę. Zniknął na zapleczu, a dziewczyna nie zamierzała czekać. Wstała w poszukiwaniu wolnego miejsca gdzieś bliżej parkietu, aby mogła sobie popatrzeć na tańczące pary. Kiedy wstała poczuła kłucie w sercu, które aż zgięło ją w pół. Przez chwilę nie mogła się wyprostować, ale przy nie zważaniu na ból udało jej się. Sama nie mogła przewidzieć kiedy nadejdzie ból. Mimo wszystko ignorując ludzi, który próbowali jej pomóc przeszła do stolika tuż obok parkietu. Usadowiła się na miękkiej kanapie. Zaczęła obserwować tańczących ludzi. Niektórzy robili to, bo naprawdę czuli w sobie melodię, a niektórzy, bo wypili za dużo. Kiedy patrzenie stało się zbyt nudne blondynka wyciągnęła z kieszeni bluzy mały woreczek z kilkoma tabletkami. Starała się zostać niezauważoną. Wyciągnęła jedną i jak najprędzej połknęła, lecz nie poczuła odpowiedniej ulgi. Dlatego połknęła jeszcze dwie. Wtedy mogła powiedzieć, że czuje się naprawdę dobrze. Wstała od stolika i powędrowała na parkiet, a właściwie na sam jego środek. Tańczyła sama zmuszając każdy mięsień do ruchu, ale nie czuła się samotna. Była między ludźmi, których nie znała, ale nie czuła się nieswojo. Nie obchodziło jej zdanie innych. Czuła muzykę i to jej wystarczyło.
Kiedy dochodziła dwunasta wszyscy wyszli na zewnątrz, aby oglądać wielki pokaz petard. Bella została w środku połykając kolejną tabletkę praz tłumiąc w sobie ból. Kiedy wszyscy wyszli, niezauważona pobiegła na schody prowadzące do górnej części pomieszczenia. Błądziła między pokojami, aż w końcu weszła do właściwego. Nie był on duży, cały zawalony kartonami, lecz bez problemu podeszła do wielkiego wyjścia i otwarła drzwi prowadzące na balkon. Stanęła na nim i momentalnie poczuła się jakby władała światem. Patrzyła w niebo i w myślach odliczała czas do końca roku. Sama nie przypuszczała, że będzie jeszcze stać. Myślała, że będzie leżeć gdzieś pod zmienią i błagać o powrót, a teraz stała i czekała na nowy rok. Dla niej oznaczał on nowe cierpienia, ale dla innych nowe życie, nowe szanse. Ona nie miała nic ani przed sobą, ani za. Teraz, nawet nie pozwoliła sobie na łzy. Wpatrywała się w piękny Mediolan, w radosnych ludzi, w duży zegar, który powoli zbliżał się do wybicia wyznaczonej godziny. Zagryzła wargę myśląc o swojej śmierci. Stanęła na pięknie zdobionym balkonie, a raczej na płotku, który chronił przed upadkiem. Podciągnęła nogi coraz wyżej i stanęła na najwyższym jego punkcie ponad długą drogą, ponad ludźmi, trzymając się jedynie zimnej ściany. Cieszyła się, że nikt nie zwrócił na nią uwagi. Zamknęła oczy. Czuła jak wiatr targa jej włosy. Oczywiście za zauważyła, że życie jest jednak cudowne, ale nie dla niej. Nie chciała żyć w takim świecie. Gdzieś w środku niej znów odezwał się szyderczy śmiech. Gdzieś zadzwoniły dzwony. Uroniła łzę. Zegar wybił dwunastą. Dziewczyna otworzyła oczy nie mogą opanować zachwytu. Patrzyła na rozświetlone niebo. Słyszała głośne wybuchy. Śmiech ludzi. Wciąż żyła. Wciąż miała szansę.
- Jak Ty wyglądasz Bells. - odezwał się chłopak zza jej pleców. Jej serce zaczęło bić szybciej. Obróciła głowę uważając, aby nie spaść. Była szczęśliwa widząc jego zielone oczy, cudowny, ale karcący uśmiech. Czym prędzej zeszła z z wysokości i wpadła w jego cudowne ramiona zaczynając płakać. Ochronił ją przed śmiercią, której się bała. Ochraniał ją zawsze. Odeszła od niego i przyjrzała się. Tak naprawdę nie widziała chyba nic, gdyż jej świat wirował jak oszalały. Serce biło przeraźliwie mocno. Głowa pulsowała. A ona stała spokojnie. Jakby nic nie miało miejsca i uśmiechała się delikatnie kiedy znalazł bliżej niej.
- To się tak nie skończy, czemu tak bardzo tego chcesz ? - zmarszczył brwi przejeżdżając ręką po jej jasnych włosach. Ponownie uroniła parę łez. Poczuła jak bardzo jej brakowało tego głosu, tego faceta. Jakbym był świetnym obrońcom. - Weź się w garść dziewczyno. - warknął zdenerwowany siadając pod ścianą. Nagle petardy, fajerwerki przestały być dla Belli wspaniałe, nie słyszała już ich, był tylko on.
- Ja umieram Travis ... Dla mnie nie ma już ratunku. Zniszczyłam się. Teraz ponoszę konsekwencje. Już niedługo się spotkamy. - wyszeptała z uśmiechem na twarzy próbując pogłaskać chłopaka po policzku. Zamiast tego położyła rękę na zimnym murze. Nie było tam nikogo.
- Tutaj nie można wchodzić ! - usłyszała srogi głos ochroniarza. Złapał ją za bluzę i powoli sprowadził do klubu, po czym z niego wywalił. Stanęła jako ostatnia w wielkim tłumie. Była osaczona przez uśmiechniętych ludzi, którzy życzyli sobie wszystkiego najlepszego w nowym roku. Nie wiedziała gdzie uciec. Przeszła do przodu pchając się na dziewczyny i chłopaków. Była całkiem zagubiona i oszołomiona. Nie wiedziała co zrobić ze swoim życiem. Przez chwilę przystanęła i uniosła głowę do góry szukając jakieś odpowiedzi w gwiazdach. Nic nie znalazła. Niebo było dla niej zamknięte. Przebiegła między ludźmi i biegnąc jak najszybciej wróciła do domu.



Stanęła przed wielką willą i patrzyła na nią z odrazą. W jej wnętrzu nie paliły się światła. Tak było lepiej. Powolnym krokiem przemierzyła wjazd i garażem weszła do domu. Panowała w nim ciemność. Cały czas miała wrażenie jakby ktoś za nią szedł, ale wiedziała, że tak już musi być. Jest chora, prześladowana, bez życia i ratunku. Weszła do wnętrza domu. Znalazła się w kuchni. Zapaliła jedno ze świateł i od razu zmierzyła do jednej półki, którą znała i odkryła całkiem niedawno. Zabrała trzy butelki alkoholu. Jak najszybciej je otwarła i zaczęła polewać nim meble, panele. Przeszła do salonu, jadalni i zrobiła to samo. Nie wiedziała czemu. Po prostu szła i rozlewała alkohol. Następnie wróciła do kuchni i otworzyła czwartą butelkę. Całą jej zawartość wylała na siebie. Zabrała ze sobą zapałki i usiadła na mokrej kanapie osiąknięta burbonem. Oglądnęła się dookoła. Zapaliła zapałkę, ale po chwili ją zgasiła. Jakby nie miała w sobie wystarczająco siły. Pomyślała o swoim bólu, o tym jak cierpi na tym nędznym świecie, o swoich rodzicach, o swoim nienarodzonym dziecku, o sobie, o sercu, o Justinie. Nic nie miało sensu. Wszystko, aby bolało. Może gdyby się tutaj nie znalazła, może gdyby nikt nie umarł - byłaby silniejsza. Może gdyby nie te narkotykami. Może gdyby nie to, że była taką straszną osobą.Zapłakała. Znów zapaliła zapałkę i niby niechcący upuściła ją na mokry dywan. Pokój od razu stanął w płomieniach. Bella zamknęła oczy i zaczęła powoli wciągać zapach dymu. Stawał się nawet przyjemny. Nie spostrzegła się jak ogień zaczął dosięgać jej skóry. Zaczęło się jej robić ciepło. Nagle ktoś wpadł do pokoju. Ktoś krzyknął. Krzyczał jej imię. Dusił się. Bella otworzyła oczy, ale nie miała już siły, aby błagać o pomoc. Położyła się na kanapie, która płonęła i zasnęła pragnąc umrzeć, spłonąć jak ten cały dom, życzyła mu tego.
- Bella ! - krzyczał ktoś bardzo głośno i nie zamierzał przestawać. - Bella do cholery gdzie jesteś ! Bella ! KOCHAM CIĘ ! - krzyczał najgłośniej jak mógł. Na całe płuca. Dym nie pozwalał mu widzieć. Ogień palił w każdą część ciała. Ogień zabierał powoli wszystko co w tym domu było piękne, zabierał dwoje ludzi, cudownych ludzi, stworzonych dla siebie. Zabierał kawałek cudownej historii, która mimo wszystko przetrwa gdzieś w głębi nas. Historii, która nie była szczęśliwa, bo od początku była skazana na przegraną. To była historia, która pokazuje, że miłość nie zawsze wygrywa, chociaż tak uporczywie o nią walczymy. Nie zawsze musi wygrać dobro. Ale mimo to miłość przetrwa wszystko. Miłość jest jak te płomienie, pochłania nasze serca, pali je. Miłość to my sami, którzy budujemy tą miłość. Miłość nigdy nie zginie, bo trwa w nas zawsze. Musimy tylko umieć kochać. Musimy umieć szukać miłości. Miłość będzie zawsze w nas. Nigdy nie będzie spalonym domem. Będzie cudownym ogrodem, który odradza się każdego dnia. Będzie cudownym prezentem. Będzie czymś więcej niż tylko uczuciem, tylko nauczmy się je dostrzegać.
- Bella ! - krzyknął jeszcze raz ostatkami sił. - Zawsze będę Cię kochał. - wyszeptał kładąc swoją brudną, zmęczoną głowę na płonącym od dawna dywanie przypominając sobie najpiękniejsze chwilę. Uśmiech zagościł na jego twarzy. Miłość umocniła go od środka. Był silniejszy. Umarł z miłości, ale wciąż pozostaje nadzieja, która przecież pozwala nam żyć.

"To była miłość, gdy cię kochałam,
Jedyny prawdziwy czas, który chciałam zatrzymać,
W moim sercu będziemy zawsze trwać... "



* * *


Przepraszam za błędy.
Wiem pewnie co myślicie. Strasznie głupie zakończenie tej historii, ale nie miałam pomysłu, a jak miałam to zły. Tak się potoczyło, że to koniec i nic już z tym nie zrobię. Przepraszam. Fajnie było być dla Was "thatbeeasy'. Fajnie było odrywać się przy pisaniu. Wymyślać niestworzone rzeczy i Was poznać. Sama nie wiem czy to koniec tego bloga. Zależy od Was i komentarzy, które pojawią się pod tym rozdziałem. Nie chce nikogo zawieść. Piszcie po prostu prawdę. Tak z serca, bo ten rozdział właśnie taki jest.
Dziękuję.

Pszemeg <3
Tagi: opowiadanie
04.05.2013 o godz. 17:36
„To tak, jakbyś krzyczał, ale nikt Cię nie słyszy. Czujesz się zawstydzony, że ktoś może być tak ważny, że bez niego jesteś nikim. Nikt nigdy nie zrozumie, jak bardzo to boli. Czujesz się tak beznadziejnie, ale nic nie może Cię ocalić. A kiedy jest już po wszystkim, niemal pragniesz, żeby te wszystkie złe rzeczy powróciły, bo razem z nimi przyjdą też dobre.”


Theory of a Deadman - "Head Above Water"

Sama już nie wiedziała czy bardziej chciała umrzeć czy naprawić wszystko, co naprawy potrzebowało. To było jak wojna z marzeniami i losem. Nie do stoczenia. Nie do wygrania. A jednak zacięcie walczyła o jeden, krótki oddech, który teraz uratowałby jej nędzne życie. Tak kruche, skończone. Ten oddech uratowałby ją, bezuczuciową i potępioną osobę, chodzącego ducha, córkę śmierci. Walczyła ostatkami sił, choć wiedziała, że teraz nie ma nad sobą żadnej kontroli. Wszystko przepadło parę godzin temu, odeszło, bo tego chciała. I mimo, iż chciała zapłakać – nie mogła. Utkwiła w swoim ciele wokół lekarzy walczących o przetrwanie blondynki nie godnej życia, niegodnej niczego, nawet bólu. Wszystko zdawało się inne, mogła tylko myśleć – zero krzyku, zero ruchu, jakby jej nie było. Tak naprawdę miała ochotę krzyczeć, szarpać się, miała ochotę umrzeć – w spokoju, przecież taki miała zamiar. Nie chciała już dłużej żyć, nawet jeżeli miała do czego wracać. Stop. Nie. Już nic na nią nie czekało. Ludzie, którzy ją otaczali, a ściślej mówiąc, aby rodzina nie sprawdzili się. Znowu spokój. Chwila zastanowienia. A może to nie oni zawinili. Może to ona zbyt wiele wymaga, zbyt wiele oczekuje, za mało dostaje, za mało docenia. Tak bardzo chciała mieć rodzice, chciała mieć Justina, chciała być kochana, a przecież była ! Więc dlaczego próbowała to zniszczyć. Po raz kolejny opadła z sił, a przecież tyle przed nią. Tyle miała, tyle mogła zyskać. Była młodą dziewczyną, przez którą otwierają się drzwi do lepszego życia. Nie mogła tego zniszczyć. Wszystko było niby takie łatwe, ale kiedy przyszedł czas na zmaganie się z konsekwencjami swoich wyborów stało się ciężej. Blondynka obawiała się, że kompletnie nic nie może już zrobić, że ciemność ogarnęła ją już na zawsze, bo na nią nie czeka nic lepszego po śmierci – dobrze o tym wiedziała. Dla niej nie było już ratunku. Stała nad przepaścią, niezwykle głęboką, bo nie widziała w niej dna. Stała na małym odłamku skalnym, który ostatkami sił trzymał się większego. Z każdą chwilą było coraz ciężej, bo wszystko zbliżało się do końca. W myślach prosiła o niebolesną śmierć, o jakiś bilet ulgowy – jeżeli takie rozdawali. Lecz wiedziała, że nie zmieni już niczego w swoim życiu. To co było nie wróci, to co będzie jest zagadką. Ostatnie pożegnanie ze światem. Ciche westchnienie. Wewnętrzny płacz. Cichy pomruk. Cisza …
- Mamy ją ! – krzyknął mężczyzna, który zmusił serce blondynki do bicia. Jedno uderzenie, druga szansa. Jakby wszystko zaczęło się od nowa. Jeden długi, szybki oddech. Tysiące wspomnień przed oczami. Radość wypełniająca serce dziewczyny. Zbyt mało sił, aby otworzyć oczy, ale nagle pojawiła się nadzieja. Nadzieja, że może jeszcze nie wszystko stracone, że można coś odbudować, że to może nie koniec. Serce blondynki wypełniła radość, nie znała jeszcze tak pięknego uczucia. Chyba nigdy go tak mocno nie czuła. Teraz było inaczej. Była spokojna. Zniknął strach. Wszystko co złe odeszło. Była bezpieczna i czuła, że powoli wraca – na dobre, na zawsze.

Usilnie walczyła sama ze sobą, ze swoją słabością, z brakiem władzy nad swoim ciałem. Przerażał ją stan, do którego się doprowadziła. Teraz, kiedy leżała w szpitalu, ledwie żywa – dostrzegła jakie głupstwo popełniła. Dała się ponieść emocjom, które zniszczyły ją. Pomyślała o czasach kiedy sama nie widziała co to uczucia i wszystko odrzucała. Zauważyła jak bardzo się zmieniła, a wcześniej tego nie widziała. Chyba wiedziała dlaczego i dzięki komu się tak zmieniła – na lepsze. Z zimnej suki przeszła do współczującej, zagubionej dziewczynki. Sama nie wiedziała, której wersji nienawidziła bardziej. Obydwa jej oblicza napawały ją odrazą. Obydwa oblicza przedstawiały inne osoby, które w niej siedzą. Pogubiła się w tym wszystkim. W sobie samej. Nawet siebie nie potrafiła określić, nie potrafiła powiedzieć światu kim jest, sama nie wiedziała kim chce być. Wszystko wymagało przemyśleń, czasu, a ona czuła, że jej kres nadchodził. Bo w życiu jest czas na egzystencję, problemy, ale także na umieranie. I po mimo próby pozytywnego myślenia, to wszystko, wciąż wyglądało tragicznie. Zastanawiała się czy Bóg kiedykolwiek miał dla niej plan na życie. Może rzucił ją na pastwę losu, między wilki – drapieżniki. Może to wszystko było zaplanowane, ale bezcelowe. Uważała się za niegodną życia, ale chciała otrzymać coś od niego – nie tylko gorycz, żal, smutek i łzy, nie tylko rozstania i ból. Chciała czegoś więcej. Chciała szczerego uśmiechu. Chciała odrobinę troski. Chciała przyjaciela. Pragnęła spełnionej miłości, która potrafiłaby przetrwać wszystko. Niezależnie od świata. Zanurzyła się w marzeniach, a wtedy tworzyła swój własny, idealny świat, w którym panowało szczęście, nikt nie znał bólu i łez, śmierć nigdy nie przekraczała bramy miasta, ludzie nie umierali, nie starzeli się – cieszyli się wiecznym życiem.
- Pranie Braun, wypisanie pana córki w tym tygodniu to szaleństwo. Ona wciąż walczy o życie. – powiedział stanowczo lekarz prowadzący leczenie blondynki. Patrzył nieprzyjemnym wzrokiem na swojego rozmówcę, nie mogąc zrozumieć jak można być, aż tak głupim w obliczu takiej tragedii.
Scooter wydawał się nieprzejęty słowami lekarza i nadal pozostawał przy swojej propozycji. Spoglądając na lekarza próbował ocenić ile będzie kosztować przedwczesny wpis. Wiedział, że w obecnych czasach pieniądze działały cuda. Sięgnął do kieszeni po czarny, skórzany fotel i rozsunął mały zameczek. Wyciągnął z książeczki wypisany czek na dziesięć tysięcy dolarów i delikatnie przełożył go przez palce uśmiechając się zdradliwie.
- Czy tyle wystarczy ? – zapytał, dokładnie przyglądając się wyrazowi twarzy mężczyzny w białym fartuchu. Sytuacja obserwowana z boku wyglądała dość zabawnie, gdy sławny menadżer zatrzepotał rzęsami. Lekarz pokręcił z niedowierzaniem głową i podniósł wzrok na Braun’a.
- Myślę, że powinien pan zatrzymać te pieniądze na przeszczep serca dla córki, jest bardzo słabe. – oznajmił i od razu przeniósł wzrok na łóżko, w którym leżała dziewczyna. Scooter nie do końca pojmował co takiego się działo, ale wkładając czek w spodnie westchnął. – Musiała brać narkotyki od bardzo dawna. Zniszczyła sobie nimi życie, wątrobę i serce, a także zabiła dziecko. – wyjaśnił lekarz pocierając ręce o kilkudniowy zarost na brodzie. Zginęło dziecko. Sprawa nie była prosta, wręcz okropna. Śmierć wisiała w powietrzu, tuż nad głową pogrążonej w śnie blondynki. Lekarz nie dawał jej wiele czasu, przeszczep musiał zostać wykonany jak najszybciej, a przecież tak trudno znaleźć dawce. Jest tak wiele osób potrzebujących tego organu do życia, tak małe szanse. Przeszczep albo śmierć młodej duszy, która mogła jeszcze wszystko odpokutować, albo całkowicie przegrać swoje życie.
- Przepraszam. – oboje mężczyźni natychmiastowo obrócili się w stronę szpitalnego łóżka. Bella delikatnie otworzyła oczy. Nie miała w sobie wystarczającej ilości sił i z trudem wymówiła to jedno słowo, ale czuła, że jest to winna wszystkim ludziom, tacie, a szczególnie tej małej duszyczce, którą zabiła swoją bezmyślnością. Teraz dopełniła rytuału, przeszła na złą stronę. Zabiła. Teraz naprawdę została potępiona. Na chwilę jakby wyłączyła swoje myślenie, które i tak przychodziło jej z trudem. Wszystko ją raniło. Wszystko sprawiało ból. Wszystko nie miała znaczenia, sensu. Nic się nie liczyło. To był koniec Belli Bieber. Tak myślała. Los miał dla niej inne plany. Sama szukała innego rozwiązania.
Chciała przeprosić także Justina, ale chyba go tutaj nie było. Chyba nie czuł potrzeby. Chyba nigdy nie czuł tego co ona. To smutno. Spod jej powiek wyleciały łzy. Nagle miała siłę na płacz – jako na ostatnią czynność w swoim życiu. Płakała przeraźliwie głośno, do momentu, aż nie poczuła ciepłej dłoni, która objęła jej bezwładną rękę. Wypełnił ją spokój, niespotykany. Wszystko ustało, odeszło, uciekło, bezpowrotnie.
- Jestem z Tobą. Spokojnie. – odezwał się kojący głos bruneta. Bella poczuła siłę wypełniającą jej ciało. – Zawsze będę przy Tobie. – wyszeptał Justin w jej ucho wkładając w każde słowo nieobliczalną ilość miłości. – Już nigdy Cię nie zostawię. – zapewniał głaszcząc jej blond włosy. – Nie pozwolę Cię skrzywdzić. – szepnął, a jego głos brzmiał tak bardzo płaczliwie. Choć Bella nie widziała jego twarzy, była pewna, że chłopak płakał. Ściskał jej dłoń zamkniętą w niego i nie puszczał. To było niesamowite. To było magiczne. To było takie wyproszone od Boga, wymodlone. To było spełnienie najskrytszych marzeń dziewczyny. To było jak rozpoczęcie nowego życia. Z czystym kontem. Z wymarzonym mężczyzną u boku. Z pewnością, że teraz się wszystko ułoży.
- Musisz odpoczywać Bello. – odrzekł lekarz przerywając piękną chwilę. Justin pokiwał twierdząco głową. Przesunął wzrok na zmęczoną twarz swojej jedynej miłości i cicho westchnął.
- Śpij Kochanie. Kiedy się obudzisz wciąż tu będę. Nigdzie się bez Ciebie nie wybieram. – wypowiedział te słowa z niesamowitą czułością. Następnie podniósł się ze swojego miejsca i ucałował jej czoło przekazując jej wszystkie uczucia, które teraz wypełniały jego serce.

Nickelback - Savin' Me

Przez kilka następnych dni Mediolan ogrzewało słońce chowające się za chmurami. Delikatny, ale zimny wiatr owiewał twarze ludzi i zmuszał do zakładania jeszcze cieplejszych ubrań. Wszystkim wydawało się, że wiosna jest tuż, tuż – mieli rację. Zima powoli odchodziła w zapomnienie, choć nadal można było ją czuć. Ludzie przygotowywali się do powitania nowego roku, a Bella ze smutną miną przyglądała się pracy pielęgniarek i codziennie odpowiadała na te same pytania, tą samą odpowiedzią – czuję się dobrze.
Starała się pokazać wszystkim jaka jest silna, że potrafi znieść konsekwencje, przyzwyczaić się do prawy jaka na nią spadła, że potrafi żyć dalej, choć sama nie wiedziała ile jej życia pozostało. Każdego dnia czuła się lepiej, jej siły wracały, ale z pewnością były słabsze. Ona cała była słabsza, bardziej krucha, podatna na zranienia.
Justin czuwał przy niej całe dnie i noce. Czuł, że nie tylko jest jej to winien, ale nie wytrzymałby ze świadomością, że nie będzie go przy niej. Teraz, kiedy dowiedział się jak szybko może się skończyć życie blondynki trudno było mu patrzeć na nią. Ten zmęczony uśmiech, te podkrążone oczy, ten cichy głos, te powolne ruchy. Bał się o przyszłość, której teraz nie wiedział, lecz powtarzał sobie, że dawca szybko się znajdzie i wszystko wróci do normy. Naprawi każdą krzywdę. Będą razem. Tak jak powinni.
- Jestem potępiona. – odezwała się Bella otwierając swoje niebieskie oczy i wzniosła je w górę. Wprost na sufit. Nie zwracała uwagi na Justina. Trudno było odwieść jej myśli od małej istoty, której odcięła dostęp do przyjścia na świat. Widziała, że będzie miała do siebie ogromny żal, do końca życia. Zastanawiała się jak bardzo ta mała kruszynka będzie podobna do niej, a jak do Niall’a, do którego nawet nie zatelefonowała. Tutaj zaczynał się następny problem. Nie chciała nikomu opowiadać o tym co się stało. Szczególnie Irlandczykowi. Czuła jak Justin przeniósł swój ciężar na materac i westchnęła. – Proszę, nie zaprzeczaj. Wiem jak to wszystko wygląda. – wyprzedziła jego wypowiedz, a ona nie zabrał głosu. Schylił głowę i przeczesał swoje brązowe włosy palcami.
- Zrozum, że nie jesteś złym człowiekiem. – szepnął, ale był zdenerwowany. Rozumiał dlaczego blondynka obwinia się, ale to stawało się z każdym dniem co raz bardziej irytujące. Nie mogła pozostać w miejscu i z niego nie ruszyć przez śmierć nienarodzonego dziecka. Musiała teraz zatroszczyć się o siebie, o swoje serce, o swoje życie. Przecież wciąż miała szansę. – Musisz skupić się na sobie. – oświadczył Justin biorąc głęboki oddech. Bella automatycznie przeniosła na niego smutny wzrok. Przymrużyła oczy i wyciągnęła rękę w jego stronę. Złapał ją i przycisnął do swojego serca. Trwali w takiej pozycji przez dłuższy czas. Wpatrzeni w swoje oczy. Uciekając daleko od rzeczywistości. Miłość przesiąkła powietrze. Tak wiele mogli stracić już niedługo. Tak wiele mogli zyskać. Wszystko. Nic. Życie.
Ich historia różniła się od innych.
- Podjęłam decyzje Justin. – odezwała się nieśmiało bojąc się reakcji swojego ukochanego. Przełknęła z trudem ślinę i nie spuściła z niego wzroku. Wydawał się zdziwiony, ale też zaniepokojony. Jego serce zaczęło bić szybciej. Obawiał się następstw jakie mały zaraz zostać wypowiedziane, ale zapytał:
- O czym Ty mówisz ?
W pomieszczeniu nie było słychać żadnych oddechów. Tylko przeraźliwa cisza. Justin wpatrywał się w blondynkę i nie mógł nic zrozumieć. Wszystko było tajemnicze, ona była tajemnicza. Przerażała go. Mocniej ścisnął jej dłoń przyłożoną do jego serca i wrócił do patrzenia w oczy dziewczynie. Wydawało się, że chciała mu tak wiele powiedzieć, ale nie miała siły. Wydawało się, że tak po prostu musi być, ale brunet nie chciał się z tym zgodzić. Chciał o nią walczyć do końca, do ostatniego oddechu, bo wiedział, że razem z nią – umrze i on.
- Nie chce przeszczepu.
Justin na początku nie zrozumiał jej wypowiedzi, ale za chwilę oderwał się od niej i wstał z łóżka. Bez słowa podszedł do okna i z pięści walną w parapet. Nawet nie syknął z bólu. Bella nie przyglądała się tej sytuacji, obróciła głowę w drugą stronę. Chłopak czuł się opuszczony, nie zrozumiany i odtrącony. Przeklął parę razy pod nosem, po czym spojrzał na dziewczynę. W jego oczach szalała nienawiść, złość, ale najbardziej smutek. Wszystko razem wyleciało z niego poprzez łzy rozlane po jego policzkach.
- Nie dajesz mi nawet wyboru ! – krzyknął rozzłoszczony patrząc w stronę nie wzruszonej blondynki. Znów okręcił się do okna, ale teraz wyładował swoją złość na ścianie, aż jego ręce zrobiły się całe czerwone. Przyłożył głowę do zimnej ściany i oddychał – nierówno, niespokojnie. Teraz, znając zamiary ukochanej nie chciał żyć. Nie chciał oddychać. Znów spojrzał w jej stronę. Po jej policzkach także spływały łzy.
- P-przepraszam. – wyjąkała przestraszona.
- Stracę Cię ! – podniósł głos i przybliżył się do łóżka dziewczyny. Oczekiwał od niej jakiejkolwiek osoby. Czegokolwiek. Jednak odpowiedz nie nadeszła. Patrzył na nią rozczarowany. Gdzie się podziała magia z przed chwili. Odpłynęła. Pokręcił głową. Wytarł łzy spływające po jego policzkach i zrezygnowanym krokiem zmierzył do wyjścia ze Sali. Dla niego to był koniec. To przekreślało wszystko. Trzasną drzwiami i ponownie rozpłakał się na korytarzu obracają wzrok w kierunku zawiedzionej blondynki. Nie mógł jej stracić. Nie teraz. Nie mógł. Musiał jej pokazać jak żyć.

* * *


Zmotywowałam się. Jakoś napisałam 25 rozdział historii, ale chyba każdy się domyślała, że wszystko zmierza ku końcowi. Nie będę zdradzać czy będzie on smutny, czy wesoły. Chce jakoś zaskoczyć. Przynajmniej tyle zrobię za te wszystkie cudowne komentarze.
Chciałam podziękować za oddanie głosów w sądzie.
Obiecuje, że następny rozdział pojawi się o wiele szybciej:)
Tagi: opowiadanie5
04.04.2013 o godz. 15:43

Chciałam podziękować Wam Wszystkim za 100 tysięcy wejść na tego bloga. Zobaczyłam to dzisiaj i kilka razy sprawdzałam, czy to oby na pewno mój blog. Jesteście niesamowici. W dodatku dobiliście do 131 obserwujących za co serdecznie Wam dziękuję. No i jak zwykle muszę Was przeprosić za tak długi okres przerwy. Ogółem ta przerwa się jeszcze nie kończy, bo nie mam zbytnio pomysłu na dalszą część, znaczy mam, ale trudno mi to wszystko opisać. Pewnie wiecie o co mi chodzi. W każdym bądź razie próbuje coś dla Was napisać, pamiętam o Was. Mam nadzieję, że macie w sobie jeszcze trochę cierpliwości, bo wyczuwam, że to jeszcze potrwa. Dziękuję za wszystko i do napisania. :)
Jesteście niesamowici !
Dziękuję.
Tagi: thatbeeasy
23.03.2013 o godz. 13:11
Jak zwykle przepraszam za nieobecność.
Po za tym, jedziecie na koncert do Łodzi ?



W domu rozległo się ciche otwieranie wejściowych drzwi. Bella wyprostowała się siedząc na krześle i delikatnie oparła o blat kuchenny. Obróciła głowę i utkwiła wzrok w wejściu do kuchni. Słyszała jak ktoś rozpinał kurtkę, zdejmował buty. Wzięła oddech powoli zamykając oczy. Kiedy je otworzyła, zobaczyła w drzwiach uśmiechniętego Justina trzymającego w ręce reklamówkę z ciepłymi bułkami i pożywnym jedzeniem, a w drugiej bukiet róż. Dziewczyna oczarowana uniosła kąciki ust po czym delikatnie się zaczerwieniła. Brunet podszedł bliżej odkładając reklamówkę na stół. Kwiaty wyciągnął przed swoją klatkę i zbliżył się do blondynki.
- Miałem nadzieję, że będziesz jeszcze spać. – wyszeptał spuszczając wzrok na czerwone róże.
- Przed chwilą wstałam. – oznajmiła nieśmiało zagryzając wargę. Oboje na chwilę umilkli. W pomieszczeniu unosił się zapach świeżych, ciepłych bułek i kwiatów. Bella delikatnie wciągnęła powietrze ponownie się uśmiechając przymrużając oczy. Justin odkaszlnął.
- To dla Ciebie. – odezwał się próbując zwrócił uwagę blondynki na siebie. Dziewczyna nagle oprzytomniała otwierając rozmarzone oczy jakby jeszcze przed chwilą była w innej krainie. Uniosła wzrok na bruneta przyglądającego się jej z uwagą. Bella poczuła się skrępowana. Skrzyżowała nogi i delikatnie oddaliła się od chłopaka przylegając skrawkiem pleców o blat. Przeniosła ponownie wzrok na czerwono krwiste kwiaty i zagryzła wargę. Wyglądały niesamowicie owinięte ozdobnym, leciutkim materiałem. Wyciągnęła nieśmiało ręce przed siebie i przejęła kwiaty z rąk Justina, który zdawał się cieszyć z efektu jaki przyszło mu oglądać. Blondynka była tak oczarowana, że nawet nie zauważyła kiedy brunet zbliżył się do niej i pochylił nad jej twarzą skupiając całą uwagę na idealnych konturach jej różowych ust. Delikatnie nawilżył swoje i przesunął kciukiem po skroni dziewczyny. Efekt był natychmiastowy. Niebieskie tęczówki przesunęły się po całym pomieszczeniu, a na końcu spoczęły na jego oczach. Wpatrywała się w nie przez dłuższą chwilę. Jego źrenice były powiększone, z trudem zauważała brązowy odcień jego oczu. Patrzył na nią z miłością, której tak jej brakowało. Patrzył i widział w niej wszystko. Była poranną kawą bez cukru. Śmiechem dziecka na huśtawce. Kolorowym motylem zaplątanym w firance. Była świętym obrazkiem schowanym w portfelu i kieliszkiem czerwonego wina do kolacji. Była spóźnionym pociągiem. Biletem powrotnym. Była zachodem słońca i kroplą rosy o świcie. Była wszystkim. Nie była tylko osobą, nie dla niego. Wiedział to. Uśmiechnął się lekko i ponownie przejechał po jej policzku. Rozkoszowała się dotykiem jego skóry niejednokrotnie zamykając oczy. Ona też czuła tą miłość. Wiedziała, że temu mężczyźnie chce się dać, chce być jego, tak zwyczajnie, tak najzwyczajniej w świecie - jak podarek imieninowy czy urodzinowy – całe jej życie, ją całą. Bez reszty. Chce być z nim i podróżować z nim, i czekać na niego wtedy, kiedy nie mógłby jej ze sobą zabierać. Chce dla niego utrzymywać dom w czystości i robić zapasy na zimę, kompoty, konfitury, marynować grzyby, kwasić ogórki, butelkować szczaw, pomidory, kisić kapustę i inne wspaniałości. Chce mu robić na drutach albo na szydełku długi ciepły szalik i ciepły sweter, i ciepłe rękawiczki, i ciepłą czapkę, i bardzo ciepłe skarpety. I tak było. Czuła, że istnieje tylko on. Jego czekoladowe oczy błądziły po jej twarzy jak nigdy wcześniej. Szukały jakiegoś punku zaczepienia, ale trudno znaleźć ten najwspanialszy kiedy ma się do czynienia z anielicą w ludzkiej postaci. Po długiej chwili ciszy, po balladzie szybko bijących serc, po tysiącach niewypowiedzianych słów, a pomyślanych w kuchni rozległ się głos.
- Dziękuję. – westchnęła zaczarowana przejeżdżając niechcący swoimi ustami po jego. Przez chwilę zrobiło jej się gorąco, za chwilę pomyślała, że znów wszystko idzie za szybko, a za chwilę wiedziała, że to początek nowego, wspaniałego życia. Justin uśmiechnął się i odsunął się trochę zaczynając mówić: - Nie będę na Ciebie naciskał. Nie oczekuję niczego. Chce tylko, żebyś była szczęśliwa. – Kiedy skończył chwycił reklamówkę z jedzeniem i wyjął z niej wszystko na blat kuchenny. Chwycił w ręce nóż i rozkroił każdą z bułek, po czym ułożył na nich szynkę, ser, pomidora, ogórka i rzodkiewkę. Wszystko podał na talerzu podstawiając go blondynce pod nos.
- Nie szukasz przypadkiem pracy jako moja własna gospodyni ? – odezwała się dziewczyna z uśmiechem widząc przed sobą smakowite kanapki. Justin ukrył śmiech przykładając rękę do twarzy i spojrzał błagalnym wzrokiem na blondynkę. Przez chwilę nie oderwał od niej oczu, aż w końcu słysząc kroki zbliżające się do kuchni powiedział – Smacznego – z serdecznym uśmiechem na ustach.
Do pokoju wszedł zaspany Scooter drapiąc się po kilkudniowym zaroście. Przetarł zaspane oczy i zaczął skakać wzrokiem po nastolatkach. Zatrzymał się na Justinie po czym powoli się przeciągnął poprawiając luźne dresy.
- Dobrze, że jesteś na nogach. – odezwał się zachrypniętym głosem lekko przymykając oczy. – Za godzinę spotkamy się z moim dobrym przyjacielem i przedstawimy mu Cię. – dokończył swoją myśl po krótkiej przerwie, a po tym pomaszerował do lodówki i wyjął z niej butelkę wody. Po chwili opuścił kuchnie a za nim, bez słowa, wyszedł Justin.
Zmieszana Bella spojrzała na stos kolorowych kanapek i chwyciła jedną z nich po czym zagryzła. Przesuwała wzrokiem po wszystkich czterech ścianach, aż dostrzegła ścienny kalendarz. Poderwała się z miejsca i podeszła do niego. Przesunęła opuszkami palców po dzisiejszej dacie, a następnie przesunęła palce o dwa dni. Nawet nie spostrzegła kiedy zleciało tyle dni. Z zdziwieniem patrzyła na datę 24 grudnia, która już za dwa dni miała stać się teraźniejszością. Zakłopotana chwyciła się za głowę i aż usiadła z bezradności. Próbowała ułożyć w głowie jakiś schemat, który pomógłby jej w zrealizowaniu wszystkich tradycji, ale to były tylko dwa dni. Najszybciej jak mogła zerwała się z miejsca i pomaszerowała do swojego pokoju gdzie doprowadziła się do stanu, w którym może wyjść na ulice. Nie mówiąc nic nikomu zgarnęła plan miasta, który niedawno otrzymała od Scooter’a i srebrne kluczyki do jednego z aut jej ojca oraz pieniądze. Ubrała kalosze, ciepłą kurtkę, owinęła się szalikiem po czym gotowa zeszła do garażu. Nacisnęła przycisk, który otwierał któreś z aut. Ostatnie z połyskujących samochodów wydało cichy dźwięk. Blondynka uśmiechnęła się wsiadając do maszyny i odpaliła jej silnik. Wszystko chodziło tak jak powinno. Brama od garażu otwarła się a dziewczyna bez żadnych przeszkód z niego wyjechała.
Wiedziała ile spraw musi załatwić do końca dnia, a myśląc o nich po prostu rozbolała ją głowa – choinka, zakupy, prezenty. W jednej chwili poczuła, że nie chce tych świąt, że przyszły za wcześnie i jakoś nie w porę, a przecież co roku było tak samo. Westchnęła zaciskając ręce na kierownicy i odgoniła od siebie wszystkie myśli skupiając się na drodze. Zima nie chciała ustąpić po mimo tego, że wszędzie śnieg zaczął topnieć. Na dworze zrobiła się ogromna plucha, w każdym miejscu stały olbrzymie kałuże, ale najgorsze było w tym wszystkim to, że śnieg nie dawał za wygraną i ciągle sypał.
Z niemałą trudnością, Bella dojechała do centrum handlowego po czym prawie dwadzieścia minut szukała wolnego miejsca na parkingu. Cały ten dzień zaczął ją już irytować. Zaparkowała na znalezionym, wolnym miejscu i czym prędzej wysiadła z auta. Wzięła parę wdechów, aby uspokoić myśli, całą siebie. Kiedy czuła się spokojniejsza ruszyła przed siebie, aby zrobić zakupy. Najpierw zamówiła choinkę i poprosiła o dostawę do domu, a potem skierowała się do supermarketu sama dokładnie nie wiedząc czego będzie potrzebować. Pamiętała rodzinne święta w Denver, ale nigdy nie przypatrywała się jak mama to robi i powoli zaczynała żałować, w ogóle żałowała tego, że nie doceniała bliskich sobie osób. Traciła jedną po drugiej, aż w końcu została prawie sama. Westchnęła przechodząc obok wystaw sklepowych i spoglądnęła na świąteczne ozdoby. Były cudowne, lśniły, mieniły się z oczach, zmieniały kolory, aż chciało się patrzeć. To wszystko było niezapomniane. Święta w Denver wyglądały zupełnie tak samo i choć była malutką dziewczynką – pamiętała je. Pamiętała jak wszyscy razem ubierali choinkę, śpiewali kolędy, pomaga dali w noszeniu talerzy, byli razem. Nagle Bella posmutniała. Zatrzymała się. Wszystko co miała do tej pory przeminęło, jakoś prysło, odeszło. Nic jej nie pozostało, nikt, a nie rozpaczała. Była sobą załamana. Wiedziała, że może wiele znieść, ale, żeby nie płakać już po bliskich osobach. Pokręciła głową z dezaprobatą i ponownie wróciła do rozmyśleń. A może była z byt przyzwyczajona do bólu, rozstań i strat, że kolejne nie robiły na niej wrażenia. Przez całe życie coś traciła – chomika, kota, psa, aż w końcu Travis’a, mamę, tatę. Miała nadzieję, że na tym lista się zamknie. Nie chciała już nikogo i nic tracić. Szybko przez myśl przeleciał jej Justin. Stanął w miejscu i uśmiechnął się smutno. Odgoniła od siebie myśl o jego odejściu i jak najprędzej ruszyła przed siebie.
Przekroczyła próg sklepu i zabrała jeden z wielkich, metalowych wózków na kółkach. Pchała go przed sobą przejeżdżając między alejkami. W międzyczasie zatrzymywała się i wkładała do wózka coraz to inne produkty.
Zakupy okazały się męczące. Kiedy zapłaciła za rachunek zaniosła wszystko po kolei do samochodu, a potem powróciła do galerii. Zatrzymała się w małej kawiarence i zamówiła sok pomarańczowy, a później znów ruszyła w pogoń za prezentami. Najpierw zdecydowała się kupić coś dla Scooter’a, któremu wybrała w pierwszym sklepie piękny, złoty zegarek, który mimo pozorów kosztował mało. Najtrudniejszym wyborem stał się Justin. Jemu nie wiedziała co kupić. Musiało być to coś specjalnego i niesamowitego. Coś, co określałoby całego Justina i jego niepowtarzalność. Blondynka przechadzała się po sklepach oglądając wystawy, wchodząc do ich wnętrz, ale często wychodziła niezadowolona i kompletnie zawiedziona. Przestawała już liczyć liczbę sklepów jakie odwiedziła i teraz po prostu do nich zaglądała przeczesując każdy skrawek sklepu.
- Pomóc w czymś ? – zapytała urocza kobieta podchodząc do Belli, która zagryzła wargę. Przez chwilę spoglądała na sprzedawczynię, ale w końcu się odezwała:
- Szukam prezentu, dla bliskiego przyjaciela.
Kobieta pokiwała porozumiewawczo głową i zamyśliła się na chwilę. Nie minęła chwilę, a zaprowadziła dziewczynę do dalszej części sklepu, w której królowały buty. Przyciągnęła dziewczynę do całkiem nowej kolekcji i wskazała na czerwone Supry, które aż krzyczały, że są najlepsze w tym sklepie. Bella od razu wyobraziła sobie Justina w tych butach i uśmiechnęła się. Wiedziała, że na pewno mu się spodobają. Sięgnęła po nie, a potem zdecydowała się kupić. Była zadowolona z zakupów, szczególnie z pary butów. Będąc w domu parokrotnie oglądała je i zachwycała, aż w końcu opakowała w lśniący papier ozdobny.

Dzień Wigilii nadszedł szybciej niż się blondynka spodziewała. Obudziła się wcześnie rano i od razu zabrała do pracy zapominając o śniadaniu. Odebrała potrawy z restauracji i ciasta od cukiernika. Ostatnim punktem miało być przystrojenie choinki, która już od wczoraj stała w salonie. Była piękna, cała zielona, a jej gałązki idealnie się układały. Blondynka chwyciła w ręce kolorowe pudło z ozdobami. Położyła je na stole i mozolnie wyciągnęła z niego zawartość. Każda kolorowa bomba, każdy łańcuch cieszył ją. Czuła się jakby nadrabiała stracony czas. Jakby dzieciństwo powracało. Jakby te wszystkie złe rzeczy się nie zdarzyły. Jakby powoli wracała do normalności. Uśmiechnęła się pod nosem wieszając świecące lampki na choinkę. Chciała, aby te święta były niezapomniane i magiczne, takie jakie powinny być. Na kolejnej gałązce zagościła bomba, a po niej kolejna. W końcu pudełko opustoszało, a Bella usiadła na kanapie przyglądając się swojej pracy. Kąciki jej ust drgały jak szalone, wszystko musiało się udać. Ciszę w pomieszczeniu przerwał dźwięk wibrującego telefonu. Blondynka chwyciła telefon i przyłożyła go do ucha odbierając połączenie.
- Cześć Bells. – zabrzmiał radosny głos Justina. Dziewczyna ponownie się uśmiechnęła, lecz nie zdążyła odpowiedzieć przywitaniem, gdyż brunet znów zabrał głos – Mam nadzieję, że dbasz o siebie. – odparł nieco zachrypniętym głosem. Blondynka zagryzła wargę i teatralnie przewróciła oczami przypominając sobie o niezjedzonym śniadaniu oraz ciągłym zmęczeniu. Jak najszybciej, trzymając telefon przy uchu powędrowała do kuchni i zaglądnęła do lodówki. Wyjęła z niej produkty potrzebne do zrobienia kanapek i rozłożyła je na blacie. W między czasie przypomniała sobie o rozmowie z Justinem.
- Dbam. – zaśmiała się sięgając po bułki. – A co u Ciebie ?
- Przed chwilą podpisałem kontrakt z Island Records ! – krzyknął do słuchawki a dziewczynę o mało co nie rzuciło na kolana. Przez chwilę nie mogła opanować myśli, aż w końcu była zdolna do rozmowy.
- Wiedziałam, że Ci się uda. – powiedziała z radością i dumną w głosie siadając do stołu z przyrządzonymi bułkami.
- Nie wiem, nadal nie wierzę. Strasznie się cieszę. – odparł szczęśliwy zaczerpując trochę powietrza. – Bells, muszę lecieć. Widzimy się wieczorem. – dodał po chwili po czym natychmiastowo się rozłączył. Blondynka była rozczarowana, ale mimo to uśmiechnęła się i odłożyła telefon a razem z nim bułkę po czym ruszyła do swojego pokoju.

Biały obrus pokrywał drewniany stół a na nim roiło się od świątecznych, tradycyjnych przysmaków. Wszystko było jak należy. Bella, ubrana w czerwoną sukienkę, która jakimś trafem znalazła się w jej szafie zasiadła do stołu bacznie przyglądając się ruchom wskazówek zegara. Liczyła każdą sekundę tupiąc nogą o podłogę, a każda ta sekunda dłużyła się coraz bardziej. Powoli aromatyczna woń znikała z całego pokoju, potrawy przestały był gorące, a blondynka kilkakrotnie zmieniła miejsce. Co jakiś czas podchodziła do okna upewniając się, że żadne auto nie wjechało na podjazd. Patrzyła na rozświetlony Mediolan przez okno w domu swojego ojca i zastanawiała się gdzie teraz może być Justin, skoro nie ma go tutaj. Nie chciała okazać się nachalną, nie chciała dzwonić, ale telefon coraz częściej znajdował miejsce w jej długich palcach. Ogarniało ją uczucie osamotnienia kiedy myślała o tych szczęśliwych rodzinach, które właśnie teraz otwierają prezenty, bądź dopiero dzielą się opłatkiem, a ona … Ona siedziała całkowicie samotna, w ogromnej wilii otoczona duchem świąt, których nie mogła spędzić sama. Przetarła zmęczone oczy i jeszcze raz spojrzała na wyświetlacz telefonu. Nic. Zero sygnału. Zero wiadomości. Przygryzła wargę wybierając numer Justina. Po paru sygnałach w końcu ktoś się zgłosił.



- Justin ? – odezwała się zniecierpliwiona, zmęczona a nawet zła próbując odpowiednie zaakcentować swój głos. Natychmiastowo nikt się nie odezwał, było słychać tylko liczne wdechy i rozmowy gdzieś daleko.
- Bells, posłuchaj. – odpowiedział nerwowo brunet poddając się trudnej rozmowie. Oboje nagle poczuli wagę tych słów. Blondynka wytężyła słuch i nabrała powietrza, a także próbowała oczyścić swój umysł oraz kontrolować się. Zaś Justin tylko kopał kawałek ściany, gdyż denerwował się jak nigdy. – Pamiętasz kiedy mówiłem Ci, że chce te Święta spędzić z Tobą ? – zapytał marszcząc czoło. Dziewczyna natychmiastowo pomyślała o ich pierwszym spotkaniu w Mediolanie i rozmowie w aucie po czym przytaknęła. – Naprawdę chce je spędzić z Tobą, ale czasami jest tak, że to, co najbardziej chcemy trudno osiągnąć. – wyszeptał gubiąc się we własnych słowach. Bella powoli analizowała jego wypowiedz, aż doszła do samego końca. Gdzieś w głowie pojawiła jej się odpowiedź, ale nie pozwoliła, aby stała się prawdą, nawet jeżeli miało tak być. Przełknęła ślinę próbując o tym nie myśleć, a wtedy znów odezwał się Bieber. – Rozumiesz mnie ?
Blondynka wypuściła z płuc powietrze po czym oparła głowę o zimną szybę okna i zamknęła oczu wsłuchując się w nierówne bicie swojego serca i jego przyśpieszony oddech. Prawda była taka, że naprawdę chciała rozumieć zachowanie Justina, ale nie potrafiła, to było wprost niemożliwe. Zmarszczyła czoło i cicho westchnęła.
- Powiedz mi tylko, co jest ważniejsze od świąt w gronie rodziny ? – zapytała czując jak w jej oczach zbierają się łzy. Zacisnęła wolną rękę w pięść, a jej twarz nagle się zmieniła. Wszystko się zmieniło. Dziwiła się tylko czemu ją to wszystko spotyka. Wszystko co złe. Kiedy przyjdzie czas na te dobry rzeczy, bo miała już dosyć. Zamknęła oczy i czekała na odpowiedz Justina, która miała już nigdy nie nadejść. Wzięła oddech. – Myślałam, że jestem dla Ciebie ważna. – zadrwiła wycierając kącik oka kciukiem. Podciągnęła nosem, a po drugiej stronie brunet westchnął. Nie pozwalała dojść Justinowi do słowa. – Ty i ja to pomyłka. A ja się ciągle łudzę i po raz kolejny ranię moje serce, które nie umie wyzdrowieć. Właśnie przez Ciebie ! Przez Twoje niespełnione obietnice ! Przez Twoje hipnotyzujące oczy ! Przez Ciebie Justin ! Ile razy mnie jeszcze zranisz ?! No ile ?! – krzyknęła nie potrafiąc się pohamować w słowach. Czuła, że może to zranić chłopaka, ale teraz myślała o swoich uczuciach i o tym jak po raz kolejny ją wystawia. Pokręciła głową i nie mogła uwierzyć w swoją naiwność. Tym razem już nie hamowała łez. Pozwoliła, aby spływały po jej twarzy. Psuły makijaż. Po prostu wyszły z niej. Teraz już chyba nic się nie liczyło, a jeżeli tak, to o tym zapomniała powracając do rozmowy:
- Zastanawiam się nad odebraniem sobie życia, wiesz ? Może, gdy się dowiesz, że odeszłam, zrozumiesz, w końcu jak cholernie raniłeś, w każdej chwili mojego istnienia, z każdym moim oddechem. Poświęcę się. Będę umierać z nadzieją, że pożałujesz. Moja śmierć, będzie tego warta, bo bardziej pragnę, byś żałował, że mnie straciłeś, niż żyć. – wyszeptała powoli z trudem łapiąc powietrze. – Zawalasz każdą sprawę ! Chcesz być moim oparciem, chcesz się mną opiekować ? Poradzę sobie o wiele lepiej bez Ciebie ! Wszystko psujesz ! – dodała po chwili tym razem już krzycząc najgłośniej jak potrafiła. – Tak, możesz sobie pogratulować, zniszczyłeś mnie. – powiedziała z pogardą. - Błagam, nie pokazuj mi się już więcej na oczy. – szepnęła na koniec po czym usłyszała jak rozmowa została urwana.
Tchórz. Nigdy mu nie zależało. Rzuciła telefonem o ścianę i patrzyła jak rozpada się na miliony kawałków. Widziała w nim swoje serce. Czuła się jak ten telefon. Justin pojawiał się, zabierał jej serce, a potem rzucał nim o ścianę, aż będzie wiedział, że nie można go posklejać. Bolało. Strasznie bolało. Za każdym razem boli. A jednak Bella jest na tyle głupia, że z miłości pozwala na wiele rzeczy . Coraz bardziej się stacza. Wystarczy, to koniec. Odeszła od okna i skierowała się do pokoju Braun’a. Bez problemu do niego weszła, gdyż drzwi nie były zamknięte. Nigdy wcześniej tu nie była, ale jakoś od razu wiedziała gdzie szukać alkoholu. Podeszła do bułki z książkami, gdzie tak naprawdę zamiast książek poustawiane były najdroższe wódki i wina. Chwyciła tą z najlepszym opakowaniem i wyszła z pokoju. Następnie weszła do swojego pokoju. Wyjęła z torby ostatni woreczek narkotyków jaki miała i wróciła do salonu. Wzięła literatkę i usiadła na kanapie.
- Wystarczy już. – szepnęła rozstawiając przed sobą zdobyty alkohol, narkotyki i literatkę. Odkręciła butelkę i nalała do szklaneczki. Przez długi czas na nią patrzyła po czym zdecydowała się wnieś toast, za całe swoje życie, które właśnie dzisiaj zdecydowała się zakończyć, bo miłość wykańcza. Wysypała sobie na rękę parę tabletek, a w drugą chwyciła szklankę i wstała. Odkrząknęła i zamknęła oczy zaczynając mówić:
- Zdrowie za miłość, która nigdy nie miała prawa się narodzić, która mimo wielu przeciwności losu mogła istnieć, która mimo przeciwności losu została zabita przez człowieka, nie świat. Zniknęła jak coś nietrwałego, a przecież miała być wieczna. Zdrowie za człowieka, którego pokochałam, bo myślałam, że to prawdziwy ideał i, że właśnie on został stworzony tylko dla mnie, aby załatać dziurę w moim sercu, a tymczasem tylko ją powiększył. Zdrowie za ten pokręcony świat, które sam ustala dla nas nieprzewidywalny scenariusz życia. Świat, który psuje każdą dobrą chwilę. Komplikuje każdą podjętą decyzję i zsyła ludzi, który zniszczą nasze życie. Zdrowie za Wszystkich ludzi, którzy w moim życiu się pojawili i namieszali w nim. Nauczyli mnie, że człowiek jest głupi, że często egoizm jest cechą, która pozawala nam przetrwać, że bycie samotną nie znaczny gorszą. Właśnie tym ludziom zawdzięczam to, że dziś tu jestem, że piję za nich zdrowie, że dziś mogę powiedzieć, że to koniec mnie. I nawet jeśli podjęłam w życiu decyzje, których żałuję do dzisiaj to trudno. Możliwe, że było warto, nawet jeśli żałuję. Dziękuję za każdy oddech, który mogłam zrobić w swoim życiu. Za każde mrugnięcie powieką. Za każdy promień słońca który zobaczyłam i mnie ogrzał. Za życie, które właśnie teraz mogę nazwać niczym. Zdrowie za tych, którzy nadal widzą w życiu sens i chcą żyć. – wyszeptała na koniec i wrzuciła do buzi tabletki i popiła je literatką wódki zaksztuszając się.
To wszystko było łatwe, za łatwe.

* * *


Cześć Wszystkim i każdemu z osobna ! Znów powracam po długiej przerwie z czymś co nie do końca mnie satysfakcjonuje. Ale tak już teraz ze mną jest. Coraz trudniej jest mi coś napisać, mimo iż mam czas. Ten rozdział pisałam miesiąc. Może wygląda na łatwy, ale dla mnie to nie było wcale takie łatwe, wręcz przeciwnie.
Dziękuję za komentarze, wchodziłam tutaj i czytałam je co jakiś czas, żeby jakoś napisać ten rozdział, aż w końcu się udało. Podziękowania za ostatnie komentarze:

- MaggieBlue
- escape
- czeslaw0601
- JuuustinBieeeber
- Smiiiley
- mysia
- niallowelove
- BadBoyAndGoodGirl
- Oliviaaa
- leonik94
- beautylove
- Jessica.
- ewelinka4466
- a-dream-of-the-past
- paula
- Fucking-Bieber
- dixi123
- sexy-chick
- Foreverrr
- Lifesaver
- Paryska
- justloveme
- Klaudia.xoxo
- MyDilemma
- Jerry
- Destinylove
- NowAndTomorrow
- wildyounglife


221 obserwatorów ! <3
Tagi: opowiadanie5
27.02.2013 o godz. 16:01



Ostatnio coś nie tego ......
Wybaczcie .....
Tagi: :(
23.02.2013 o godz. 20:27
Jeżeli już przeczytasz rozdział to poświęć jeszcze 3 minuty na małą informacje ode mnie pod rozdziałem :)



- Jak się pani czuje ? – zapytał lekarz witając mnie od progu szczerym uśmiechem. Zamknęłam za sobą drzwi uważając, aby nie narobić hałasu. Z równie pogodną miną podeszłam do mężczyzny podając mu rękę nad drewnianym biurkiem. Lekarz wstał i uścisnął moją dłoń po czym wskazał miejsce przed sobą. Trzymając na kolanach torbę usiadłam i dyskretnie rozejrzałam się po pomieszczeniu, które nie ukrywam napawało mnie strachem.
- Całkiem dobrze. – odpowiedziałam i przełknęłam ślinę mają nadzieję, że razem z nią znikną moje obawy, ale się tak nie stało. Po chwili z rozmyśleń wyrwał mnie zachrypnięty głos mężczyzny, które mamrotał coś pod nosem czytając wszystkie moje dane.
- Bella, czyż nie ? – podniósł wzrok z nad okularów, intensywnie mi się przyglądając. Pokiwałam twierdząco głową po czym zacisnęłam ręce na materiałowej torebce. – To pani pierwsza wizyta od początku ciąży ? – zapytał zdegustowany. Blondynka zatrzęsła się spoglądając na mężczyznę, którego ciepły wyraz twarzy nagle zniknął. Zmarszczyła czoło i ledwo dosłyszalnym oraz niepewnym głosem odpowiedziała :
- Tak.
Lekarz podrapał się po karku po czym poprawił biały fartuch na swoich ramionach. Mimo iż Bella wiedziała co może o niej myśleć owy mężczyzna zacisnęła pięści i odrzuciła te myśli w kąt. Nie potrzebowała następnego zmartwienia, na pewno nie teraz.
- Musimy zrobić wszystkie badania. – odezwał się lekarz chwytając w ręce długopis a potem kartkę. Zaczął na niej pisać różne typy badań, które dziewczyna miała wykonać. Blondynka śledziła ruch jego dłoni i ślady jakie pozostawiał długopis, ale nie mogła skojarzyć ani jednego badania, w końcu nie często bywała u lekarzy, w szpitalach, czy przychodniach. Westchnęła cicho. – Zaczniemy od morfologii. – orzekł blondyn odkładając markę w bok i ściągając okulary z nosa. – A teraz wykonamy USG. – uśmiechnął się wstając z miejsca i zapraszając przyszłą, młodą matkę na kozetkę. Bella podniosła się z siedzenia i powędrowała za doktorem w głąb gabinetu uważnie przyglądając się wszystkiemu po drodze. Ułożyła się wygodnie w pozycji pionowej i odsłoniła cały brzuch, który od tych kilku miesięcy znacznie urósł. Lekarz wycisnął na brzuch dziewczyny żel po czym sięgnął po rączkę do badania USG. Najpierw rozprowadził nią żel po całym brzuchu a następnie skierował wzrok na monitor jeżdżąc rączkę w różne strony.
- To początek szóstego miesiąca. – odezwał się dość mocnym tonem, a Bella wzdrygnęła się przestraszona. – To raczej dziewczynka. – uśmiechnął się lekarz do monitora i zarysował na nim kółko wokół głowy dziecka. Blondynka patrzyła w mały ekranik jak zahipnotyzowana leciutko się uśmiechając co jakiś czas. Widziała jak małe stworzonko w jej brzuchu rusza nóżkami i rączkami. – Niech pani posłucha. – nakazał lekarz a w gabinecie umilkło wszystko. Dziewczyna wytężyła słuch, aż coś usłyszała. Ciche bicie małego serduszka wypełniło całe pomieszczenie. Bella złapała się za serce i z miłością, po raz kolejny spojrzała na ekran. Uśmiechnęła się ze łzami w oczach nie mogąc uwierzyć w to co właśnie czuła. Jakaś nieznana jej siła wypełniła ją całą. Każdy nerw jej ciała zaczął skakać, czuła miłość w środku, słodkie mrowienie w okolicach brzucha, uśmiech na twarzy.
- Kocham Cię. – wyszeptała obejmując swój brzuch dookoła. W tym samym czasie po jej policzkach spłynęło kilka łez, łez szczęścia. Czuła się niesamowicie jakby nagle wszystko zaczęła unosić swoją miłość, jakby właśnie jej miłość napędzała cały świat. Wreszcie pokochała kogoś, kto nigdy jej nie zrani, kto będzie z nią zawsze, kto będzie jej potrzebował, kto nigdy jej nie okłamie, kto nigdy nie zniknie, nie odejdzie.

- Rozmawiałaś z Justinem ? – zapytał nagle zerkając kątem oka na blondynkę. Jego imię przyśpieszyło przepływanie krwi w jej żyłach. Zaparła dech w piersiach i na chwilę zamknęła oczy próbując złapać kontrolę nas swoim ciałem, które w jednej chwili stało się inne. Wystarczyło samo imię tego chłopaka, aby blondynka nie mogła normalnie funkcjonować. Wzięła głęboki oddech i uniosła twarz. W jej niebieskich oczach zaczęły gromadzić się kryształowe łzy. Z jego imieniem każde wspomnienie wróciło. Może gdyby wszystko potoczyłoby się inaczej mogłaby powiedzieć, że ta miłość jest prawdziwa, realna i przetrwa wszystko, ale stało się zupełnie na odwrót. Miłość, która mogła trwać zawsze pozostała skryta w sercu dziewczyny jako miłość życia, wciąż żyjąca w jej myślach, wspomnieniach, pamięci, w całym życiu. Miłość, która nie przepadnie nigdy. Otrząsnęła się po chwili napotykając spojrzenie swojego ojca. Speszona, uśmiechnęła się blado i odpowiedziała:
- My nie mamy o czym rozmawiać.
Wydawała się naprawdę rozdarta, zraniona, ale uparcie walczyła ze sobą, walczyła z miłością, która miała niewysłowioną siłę. Sam Braun wyglądał na przejętego. Spuścił wzrok i wrócił do krojenia sałatki. Między rodziną zagościła cisza wypełniająca każde pomieszczenie w domu. Głucho odbijała się od jasnych ścian i powracała po wracała do uszu rozmówców, którzy dziwnie przejęci nie wypowiedzieli już ani jednego słowa. Bella przyglądała się perfekcyjnym ruchom ojca a on coraz bardziej starał się ignorować córkę i jej pobladłą z tęsknoty twarz. Odłożył nóż tuż obok drewnianej deseczki, obszedł szafkę kuchenną i przysiadł na krześle naprzeciw blondynki, delikatnie ujmując jej zimne dłonie.
- Jeżeli jesteście sobie przeznaczeni to choćbyście mieli czekać parę lat to będziecie razem. Prawdziwą miłość idzie poznać po ludziach, a ja rozpoznaję ją w Tobie. – wyszeptał przejęty rodzic dziewczyny patrząc prosto w jej jasne oczy przepełnione smutkiem. Przełknęła ślinę i nie mogąc już wytrzymać pozwoliła, aby pojedyncze łzy spłynęły po jej zaróżowiałych policzkach.
Zmieniła się, była cała przerażona, mała, bezbronna, bała się, ciągle płakała, bywa tak wycieńczona, ze wydaje jej się ze nie potrafi czytać, nie może zasnąć bez łez, bardzo mało śpi, bardzo dużo płacze, wszystko ją wzrusza i ciągle czuje, że niczego więcej już od życia nie dostanie, że zniszczyła to, co miała i kolejnych szans nie będzie, nie wie, nie da rady, zmieniła się w tak zastraszającym tempie, zaskakuje samą siebie, nie czuła się już kimkolwiek a co dopiero sobą. Miłość ją zgubiła, kiedyś, już dawno, a może dopiero przed godziną, zniszczyła ją miłość, którą sama wybrała.
- Skąd możesz to wiedzieć ? –zapytała nie spuszczając wzroku, choć wolałaby zamknąć się w pokoju, gdzie nikt nie mógłby jej zranić, usłyszeć, gdzie byłaby bezpieczna.
- Bo długo trwało zanim odnalazłem się z Twoją mamą. – uśmiechnął się szczerze, a jego oczy dziwnie pojaśniały. Mrugnął parę razy po czym przetarł oczy i znów przybrał smutny wyraz twarzy.
- Nie ukrywaj swoich uczuć. – poprosiła blondynka kiedy po jej policzku spłynęła kolejna łza. Scooter spojrzał na córkę, która w tym momencie wyglądała na naprawdę dojrzałą i silną kobietę mimo stale cieknących z jej oczu łez.
- Byłaby dumna. – pochwalił córkę nachylając się nad stołem, aby ucałować jej czoło. Przymknęła oczy i wróciła do wspomnień kiedy to on pocałował jej czoło. Czuła się bezpieczna jak nigdy. Czuła się taka kochana. Czuła się taka potrzeba. Przez chwilę. A ta chwila stała się najlepszym wspomnieniem z całego jej życia.
Słowa taty dopiero po chwili dotarły do dziewczyny. Uśmiechnęła się delikatnie cicho podziękowała mając nadzieję, że te słowa naprawdę są szczere, choć nie było powodu dla którego jej rodzicielka mogłaby być dumna, jednak zgodziła się.
- Tato ? – zapytała nagle sięgając po torebkę. – Chcesz zobaczyć swoją wnuczkę ? – wyciągnęła z małej kieszonki folder z paroma zdjęciami. Scooter otworzył szerzej oczy kiedy śledził wzrokiem każde zdjęcie z badania USG. Czuł się szczęśliwy, bo po raz pierwszy od dawna to szczęście dali mu bliscy, a nie pieniądze i osiągnięcia, którymi próbował wypełnić pustkę w swoim życiu.
- Jest cudowny. – przyznał z kręcącą się łzą w oku. Po chwili podniósł wzrok z nad zdjęć i uśmiechnął się delikatnie do córki, która nagle posmutniała. – O co chodzi ? – zapytał zaniepokojony mając już najgorszy scenariusz w głowie. Bella delikatnie uchyliła usta:
- Ustaliłeś z nim kiedy do nas zawita ?
Scooter wypuścił zalegające powietrze ze swoich płuc i pokręcił głową. Był bardzo zmieszany kiedy podniósł głowę, aby odpowiedzieć na jej pytanie, lecz uniemożliwił mu to gwałtowany dzwonek do drzwi. Bella poderwała się z miejsca choć nie była u siebie i przeszła salon, aby znaleźć się na korytarzu. Stanęła naprzeciw drzwi i odważnie pociągnęła za klamkę. Gdy tylko drzwi odskoczyły zaparło jej dech w piersiach. Złapała się za serce i zaczęła oddychać bardzo nierówno.
Stał w drzwiach. Jego uśmiech rozświetlił całe pomieszczenie. Jego przeraźliwie brązowe tęczówki zajaśniały niezapomnianym jasnym światłem. Na chwilę grawitacja przestała obowiązywać, bo on był blisko. Właśnie w tej sekundzie ktoś umarł. W tej sekundzie ktoś się narodził. W tej sekundzie ktoś walczy o coś, co ma każdy z nas, coś co jest tak naprawdę najważniejsze - życie. W paru sekundach zabrał jej cały świat, zabrał jej całe powietrze i schował je w sobie. Emulował magią, pięknem, wszystkim czego pragnęła. Jak Anioł zesłany przez niebiosa. Jak Odkupiciel dla ludzi. Jak deszcz dla spragnionych. Jak odpoczynek dla zmęczonych. Jak on dla niej. Wbita w ziemię straciła kontrolę nad swoim światem, nad sobą. Na jej twarzy zagościł uśmiech. Wszystko odeszło w niepamięć – każda łza, każda nieprzespana noc, każdy, nawet największy ból, wszystko. Mimo spięcia postawiła nogę przed sobą, a potem powtórzyła ruch. Stanęła tuż naprzeciw jego twarzy, taka jak kiedyś. W myślach błagała, aby tym razem nie pozwolił jej odejść, aby został z nią, aby mogli być szczęśliwi, już nigdy osobno. Przełknęła ślinę i delikatnie uniosła wzrok zatrzymując się na jego tęczówkach, w których nie widziała teraz nic. Przelękła się i lekko zagryzła wargę ze zdenerwowania. Kochała ziemię, po której On stąpa. Powietrze nad jego głową. Wszystko, czego dotknie Jego ręka, każde jego słowo, każde spojrzenie, każdy postępek i Jego całego bez zastrzeżeń. Nie mogła go stracić. Patrzyła na niego z troską , jak kilkuletnie dziecko zapatrzone w obrazek, napawała się jego widokiem.
- Justin. – wyszeptała na jednym oddechu przeciągając jego imię. Chłopak drgnął. Wziął oddech wysoko unosząc ramiona, a po chwili wyciągając rękę przed siebie. Bez zbędnych słów zamknął dłoń dziewczyny w swojej, z lekkim uśmiechem na twarzy, z radością w sercu, z miłością, która wypełniła jego życie. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Zdał sobie sprawę jak długo czekał na ten moment, jak długo chodził zabłąkany nie wiedząc czego chce. I przyszedł ten dzień, w którym ją ujrzał, ten dzisiejszy. Jej twarz mimo znacznych oznak płaczu radowała się, jej serce, niby tak małe, a mógł usłyszeć jego nierówne i głośne bicie, jej wzrok, tak utęskniony, a mówił tak wiele. Justin uśmiechnął się do dziewczyny, ale już nie jako brat do siostry, nigdy nie byli rodzeństwem, zawsze byli kimś więcej, tak miało być.
- Wszystko już będzie dobrze. – wypowiedział zdanie patrząc w jej świecące oczy. Rozradowana blondynka rzuciła się chłopakowi na szyję nie zważając na to, że z siłą jaką go przytuliła jest w stanie go udusić. Tuliła go do siebie i nie zamierzała już nigdy przestać. Nie mogła go wypuścić. Nie mogła go stracić. On nie mógł odejść. Czuła się szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa. Jak nigdy od dawna. Miłość płynęła w jej żyłach. Miłość była jej siłą. On był jej siłą i miłością. Stworzył świat, w którym mogła być szczęśliwa – razem z nim. Zmył z powierzchni ziemi innych chłopaków, bo dla niej był tylko on. Otwarty, szczery i prawdziwy. Już nikt inny. Już nigdy więcej.
- Co się dzieje ? – zapytał zdziwiony Braun nie wiedząc co zrobić. Stanął w drzwiach wpatrując się w dwójkę nastolatków.
- To Justin tato. – odpowiedziała Bella ze łzami w oczach nie mogą oderwać się od chłopaka.
- Spotkajmy się o szóstej. – szepnął Justin kiedy Scooter polecił mu pójście za nim w celu omówienia wszystkich ważnych spraw. W końcu miał zyskać z nim sławę. Oboje mieli na tym zyskać. Bella cichutko westchnęła a już po chwili znalazła się w pokoju, który dostała od swojego taty, aby już nie musiała wynajmować mieszkania. Mieszkali w jednym domu, ufali sobie, rozmawiali, w końcu miała rodzinę, od tak dawna.

Krzątała się po swoim pokoju otwierając każdą, możliwą szafkę nie otrzymując rezultatów. Jej serce biło jak oszalałe, myśli uciekały gdzieś daleko, a nerwy już nie wytrzymywały gdy oczy uciekały na wciąż przesuwającą się wskazówkę zegara. W prawdzie sama nie była pewna czego szuka. Wiedziała, że musi wyglądać jak gwiazda, jak najpiękniejsza kobieta na świecie. Aby odpocząć usiadła na dywanie i ułożyła głowę na podkurczonych kolanach. Oddychała równo, aby złapać choć trochę oddechu. Podniosła głowę i utkwiła wzrok na otwartej, dębowej szafie, z której wychodził brzoskwiniowy materiał. Blondynka podniosła się i szerzej odtworzyła mebel. Przesunęła parę wieszaków po czym spojrzała na długą suknie, która zaparła jej dech w piersiach. Dokładnie wiedziała, że właśnie jej szukała. Przytulając ją do swojego ciała ruszyła do łazienki gdzie zaczęła suszyć wcześniej umyte włosy, które niesfornie poskręcały się. Dziewczyna chwyciła za prostownicę i długo nie czekając doprowadziła je do porządku. Przesunęła je na jedną stronę a z tyłu podpięła. Patrząc na swoje odbicie wiedziała, że nie może pomalować się dziś za mocno. Wzięła mały taboret i usiadła przed lustrem wyciągając kuferek z kosmetykami. Nałożyła na twarz trochę korektora. Powieki przejechała jasnym cieniem, a rzęsy podkreśliła tuszem, który maksymalnie je pogrubił. Wzięła głęboki oddech i wstała z krzesła podbierając się rękoma o zlew. Skupiła się na każdym milimetrze swojej twarzy. Wyglądała dobrze. Ostatnim punktem było założenie sukienki. Wsunęła ją na swoje ciało, na którym do tej pory miała tylko bieliznę. Poprawiła halkę pod spodem i znów spojrzała na swoje odbicie, ale tym razem poczuła się lepiej. Po raz pierwszy od dawna poczuła tą zmianę, w która w niej zaszła. Patrzyła w lustro i nie wiedziała już tej dziewczyny, która nie potrafiła spać w nocy, która nie mogła wytrzymać bez ukochanych narkotyków, która nie znała umiaru, która nie uznawała żadnego koloru po za czarnym. Teraz było inaczej, zupełnie inaczej. Uśmiechnęła się odsłaniając białe zęby i poprawiła włosy. Wyszła z łazienki. Chwyciła żakiet leżący na łóżku w białym kolorze i zarzuciła go na ramiona. Ostatni raz poprawiła sukienkę i zagryzła wargę. Chyba nigdy nie czuła się tak zdenerwowana. Z trudem wyszła ze swojego pokoju, a potem przemierzyła korytarz. Znalazła się w opustoszałym salonie. Spojrzała na zegar, który wybijał właśnie szóstą. Usiadła na oparciu kanapy i zamknęła oczy odliczając do dziesięciu.
- Pięknie wyglądasz. – usłyszała głos kiedy doliczała do pięciu. Na jej twarz wkradł się uśmiech. Otworzyła niebieskie oczy i wstała z siedzenia. Jakby niczego nieświadoma okręciła się za siebie i natrafiła wzrokiem na bruneta z czarującym uśmiechem.
- To nic w porównaniu do Ciebie. – zwróciła się do chłopaka zauważając czarny, połyskujący garnitur z podwiniętymi rękawami. Na sam widok bruneta jej ciało wariowała. Pojawiły się przyjemne dreszcze w okolicach brzucha. Blondynka zatrzęsła się. Justin podszedł bliżej niej i ponownie dzisiejszego dnia złączył ich dłonie.
- Chce wszystko naprawić. – wyszeptał prosto w jej usta. Bella była oczarowana jego urokiem. Jego zapachem, który tak intensywnie rozniósł się po pokoju. Jego zachrypniętym, tajemniczym głosem, który znów przyprawił ją o gęsią skórkę. Pokiwała głową i pozwoliła pociągnąć się w stronę drzwi. Założyła ciepły płaszcz, zupełnie tak samo jak chłopak. Następnie oboje opuścili dom Braun’a. Skierowali się na podziemny parking dla jego aut. Justin uśmiechał się promiennie w stronę blondynki, a ona sama czuła się tą najwspanialszą i najważniejszą. Jej marzenia, w końcu się spełniały. Brunet wyciągnął z kieszeni czarne klucze i przeszedł obok rzędu połyskujących aut. Naciskając zamek zaświecił się samochód stojący na samym końcu szeregu. Było to ciemne i najnowsze Infiniti. Justin otworzył drzwi dla dziewczyny i poczekał aż wsiądzie, aby zamknąć za nią drzwi. Za chwilę sam wsiadł do wnętrza samochodu nie ukrywając zachwytu nad maszyną. Wsunął kartę, a za chwilę silnik delikatnie zaryczał. Chłopak nacisnął pedał gazu i po chwili wyjechali z parkingu. Ulice Mediolanu były zasypane bardziej niż kiedykolwiek. Bella oczarowana wpatrywała się w każdy obiekt, który mijali, lecz nie zamierzała zadawać pytań gdzie jadą. Chciała, aby ten dzień był idealny, bez zbędnych słów. Rozsiadła się na fotelu rozpinając granatowy płaszcz. Odsapnęła z ulgą, ale po chwili znów była podekscytowana, gdyż Justin prowadził auto tą drogą gdzie dziewczyna jeszcze nigdy nie była. Przywarła policzkiem do szyby i skupiła się na bożonarodzeniowych dekoracjach powystawianych na ulicach. Dopiero teraz dotarło do niej, że już nie długo mieli obchodzić Święta Bożego Narodzenia. Zaniemówiła. Nawet nie mogła pojąć jak to szybko minęło. Dopiero rok temu spędzała je w Denver, z całą rodziną będąc przekonana, że tam jest jej miejsce. Rok temu jej życie było po prostu prostsze. Rok temu było inaczej.
- Już niedługo Święta. – odezwała się nieśmiało blondynka spoglądając na skupiony wyraz twarzy Justina. Kurczowo zaciskał ręce na kierownicy uważając, aby prowadzić perfekcyjnie, aby nie spowodować wypadku. Brunet przytaknął. – Myślisz, że spędzimy je razem ? – zapytała pełna nadziei odwracając się coraz bardziej w jego stronę, a przy tym ilustrując wzrokiem każdy milimetr jego twarzy. Justin wziął oddech, a już po chwili go wypuścił. Powtórzył czynność parę razy po czym odpowiedział :
- Naprawdę bym chciał.
Bella uśmiechnęła się pod nosem. Na taką odpowiedź liczyła. Na takie Święta liczyła. Razem z nim, razem z tatą. Nie chciała już nigdy być sama. Samotność gościła w jej życiu stanowczo przez zbyt długi okres, który niechętnie i niemiło wspominało. Nie chciała powtórki z historii. Chciała iść do przodu, z nim u boku, jako para, jako dwójka zakochanych osób, jako oni. Już zawsze.
Justin powoli zwalniał, aż w końcu zatrzymał się na parkingu. Wyłączył auto. Wysiadł z niego jak najszybciej obszedł samochód, aby otworzyć drzwi swojej towarzyszce. Dziewczyna stanęła na chodniku i od razu zaczęła się trząść z zimna. Brunet czym prędzej zamknął auto i obejmując ją ramieniem poprowadził w kierunku dużego budynku. W jego wnętrzu było o wiele cieplej. Bella zdjęła płaszcz i rozglądnęła się dookoła. Wydawało jej się, że wie gdzie jest, ale zapach róż i wszędzie palące się świece zmyliły ją. Okręciła się parę razy i przystanęła tuż obok Justina łapiąc jego dłoń. Zagryzła wargę i uniosła głowę aby spojrzeć na jego twarz. Uśmiechał się słodko, a po chwili i on spojrzał na nią.
- Chodźmy. – pociągnął ją za rękę. Przeszli oświetlonym przez świece korytarzem. Nagle dłoń Justina wyślizgnęła się z uścisku blondynki, która była zbyt oczarowana aby to zauważyć. Szła dalej, aż w pewnej chwili usłyszała jego głos.



Lately I've been thinkin', thinkin' 'bout what we had
I know it was hard, it was all that we knew, yeah.
Have you been drinkin', to take all the pain away?
I wish that I could give you what you, deserve
'Cause nothing could ever, ever replace you
Nothing can make me feel like you do.
You know there's no one, I can relate to
And know we won't find a love that's so true.


Jego głos dobiegał z ciemnego już korytarza. Delikatnie zamknęła oczy rozkoszując się melodią i jego głosem. Poruszała się lekko stojąc w jednym miejscu. Nawet nie wiedziała gdzie, ale to się nie liczyło. Słyszała nutkę smutku i miłości w jego głosie. Czuła się magicznie, a wszystko dookoła ucichło, uciekło. Każdy problem, miał już nie wrócić. Otworzyła oczy i zauważyła go kawałek przed sobą z gitarą. Patrzył wprost w jej oczy, bo wiedział, że nic innego już nigdy nie będzie się liczyć. Miłość unosiła się w powietrzu. Justin podchodził coraz bliżej, a dziewczyna nie była w stanie się ruszyć. Wokół niej szalały wspomnienia, myśli, uczucia. Wszystko w niej krzyczało jak bardzo go kocha. Gdy stał dostatecznie blisko niej uśmiechnął się słodko, lecz nie przestawał śpiewać. Jego głos niósł się wszędzie, po całym pomieszczeniu w jakim przebywali. Nagle, kiedy gitarę było coraz ciszej słychać zapaliły się światła, które oślepiły Bellę. Zdezorientowana straciła orientację. Oglądała się dokoła i znów wyglądała na podekscytowaną. Znajdowali się w jakieś wielkiej hali. Przed nimi znajdowało się kilka tysięcy miejsc, na których porozkładane były światełka choinkowe. Wyglądały tak doskonale na tle czarnych ścian. Po chwili blondynka zorientowała się, że są na scenie. Oświetleni kolorowymi światłami. Tylko oni, tylko on, tylko ona i tylko ich miłość. Uśmiechnęła się nieśmiało zaglądając w brązowe oczy chłopaka.
- Nie chce żyć bez Ciebie. – odezwała się zawstydzona. Jej policzka zaczerwieniły się. Brunet uśmiechnął się serdecznie i objął jej policzko zaczarowany urodą dziewczyny. Widział w niej cały świat. Wiedział w niej słońce i deszcz. Widział w niej dobro i szczęście. Widział w niej wszystko co kochał, co podziwiał, co miało dla niego znaczenie. Cała ona była jego marzeniem, które za wszystkie skarby musiał spełnić. Musiał zdobyć, aby uszczęśliwić ją. Musiał być dla niej jak książę dla swojej wybranki, jak obrońca, jak wierny, oddany przyjaciel, jak człowiek, który pomoże, zrozumie i przytuli kiedy trzeba, da powód radości i oddali ciemne chmury z nad jej pięknej główki.
- A ja bez Ciebie. – odpowiedział rozmarzony nie mogąc oderwać wzorku od jej hipnotyzujących oczu. – Wybaczysz mi moje zachowanie ? – zapytał po chwili spuszczając wzrok. Dobrze wiedział, że był winny jej wyjazdu, jej łez i jej nieszczęścia, lecz chciał to naprawić. Już dzisiaj, jutro i zawsze. Bella otworzyła jasne usta i wypowiedziała:
- Tak.
Oboje czuli się jakby ta odpowiedź była najważniejsza w ich życiu. To właśnie ona przekreślała całą przeszłość, wszystko odeszło w zapomnienie. To właśnie ona dawała nadzieję na przyszłość, którą mieli spędzić razem. W miłości, z uśmiechem na twarzach, z sercem oddanym drugiej osobie.
Przyrzekł sobie, że odda jej wszystko, że sprawi, iż będzie najszczęśliwszą kobietą na świecie, że w końcu należycie się nią zajmie, że już nigdy nie uroni przy nim łzy, że zawsze będą razem, że tym razem nic nie zepsuje.
To był początek. Początek historii o miłości, która potrafi narażać, a nawet oddać życie za drugą osobę. Historia o miłości, która zmieni życie wielu ludzi na ich drodze. Historia miłości, która może zmienić cały świat, jeżeli tylko uwierzysz. Historia o miłości, której może doświadczyć każdy.

There's nothing like us, there's nothing like you and me
Together through the storm.
There's nothing like us, there's nothing like you and me
Together.


* * *


1. Chciałam bardzo podziękować za każdą wiadomość jaką dostałam od Was dziewczyny. Chciałam podziękować za 26 komentarzy. Chciałam podziękować za 219 obserwujących. Chciałam podziękować za 86 tysięcy odwiedzin !

2. Bardzo chciałam Was przeprosić za tak długi czas gdzie nic nie dodałam, a przecież miałam ferie. W sumie teraz kiedy pisałam rozdział przynajmniej zajęłam się czymś innym. Dziękuję, że wciąż jesteście i mogę dla Was pisać.

3. Chciałam Was zapytać czy nie chciałybyście małego konkursu, w którym dosłownie chodzi aby o zgłoszenie się do niego, ja bym wylosowała osobę, która zwycięży pośród zgłoszonych oczywiście przez losowanie, a ta osoba otrzymałaby plakaty Justina - bodajże 20. KTOŚ CHĘTNY ? PODOBA WAM SIĘ POMYSŁ ?

4. Nudziło mi się w ferie i zrobiłam taki mały filmik jako Bella. Może Wam przypadnie do gustu :)



Ps. Nie martwcie się, punktu 5 nie ma ! :)

Pozdrawiam Wszystkim i życzę miłych ferii ! :)


Tagi: opowiadanie5
27.01.2013 o godz. 14:59
Rozdział dedykuje believe-in-lovee za zmotywowanie mnie do dodania czegoś lepszego ! Obym tym razem sprostała Twoim wymaganiom, bo serio - starałam się. :]




Skuliła się na łóżku czując jak znów, każdy nerw woła – pomocy. Zmarszczyła czoło zaciskając pięści z bólu. Mocniej przycisnęła powieki czując jak następna fala bólu zbliża się do niej nieodwracalnie. Nabrała powietrza w płuca i szarpnęła pościelą. Pojedyncze łzy zaczęły spływać po jej zaczerwienionych policzkach. Powoli przemierzały niewielką drogę i spadały na materiał, aby zostawić po sobie mokrą plamę. Bella jeszcze bardziej podkuliła kolana pod brodę i automatycznie otworzyła usta wydając z siebie głuchy krzyk. Nie panowała nad swoim sercem, które od kilku dobrych godzin piekło jakby gdzieś w środku blondynki ktoś wszczął pożar. Powoli rozsypywała się na małe kawałki. Powoli czuła jak traci siły. Powoli nie potrafiła łapać oddechu. Powoli znikała gdzieś pomiędzy bólem a wymarzonym odpoczynkiem. Powoli wszystko wracało z zdwojoną siłą kreśląc kolejną ranę na jej słabym sercu. Nikt nie mógł pojąć jak bardzo cierpiała przez jeden list od osoby, która po mimo ciągłego okłamywania samej siebie, liczyła się najbardziej na świecie i nikt nie mógł tego zniszczyć – choćby próbował wszystkiego. Dusiła się tęsknotą, dławiła łzami, zaciągała powietrzem resztkami sił, przypominając sobie swój ulubiony głos. Złe myśli uciekały gdzieś w kąt, zapominała o tym co złe. Przez chwilę dała odpocząć płucom, sercu, oczom. Chciała przestać żyć ciągłym kłamstwem. Chciała zapomnieć o złudzeniach. Chciała zabić nadzieję na wspólne życie. Chciała przestać myśleć o miłości, którą jego darzyła. Chciała dać sobie odpocząć. Chciała być wolna i szczęśliwa.
Przewróciła się na drugi bok zalana łzami i ponownie zacisnęła palce na miękkiej pościeli z przypływem bólu. Przygryzła wargę i przymknęła oczy. Czuła się taka krucha, taka słaba i taka dziecinna. Powoli zaczęła się zastanawiać gdzie się podziała dziewczyna, która nie bała się niczego i nie przejmowała się niczym. Żyła dniem i nie patrzyła w przyszłość. Widziała szczęśliwą dziewczynę, ale nie rozumiała co się stało. Na chwilę zapomniała o bólu i szybko usiadła na łóżku marszcząc czoło. Nie była tym samym człowiekiem, jej życie nie było takie same. Uniosła wzrok i napotkała na swojej drodze pogniecioną kartkę leżącą w kącie. Przełknęła ślinę czując jak ponownie drży z obawy przed bólem. Wstała z łóżka i podeszła do kąta, w którym leżała zwinięta kartka. Przykucnęła parę milimetrów od niej opierając się plecami o zimną, beżową ścianę. Ułożyła łokcie na podciągniętych kolanach i schowała głowę między nogi zagryzając wargę. Jeszcze nie tak dawno obiecała sobie, że wyleczy się z tej chorej miłości do niego. Wiedziała, że nie stanie się to za pomocą pstryknięcia palca, że to okres paru tygodni, miesięcy. Wiedziała, że jeżeli chce stać się wolą, szczęśliwą bez niego to spędzi wiele pustych dni powoli zapominając. Przekręciła głowę w kierunku karki i delikatnie wypuściła powietrze z ust. Prowokowała swoje serce wciąż o nim myśląc. Szybszy oddech zagłuszył jej rozsądne myśli. Serce kawałek niezdarnego mięśnia, kołaczące gdzieś w środku. Tętno odbijające się echem każdego z zakamarków ciała. Ból- rozprzestrzeniający się coraz bardziej z każdym ponownym zaczerpniętym powietrzem. Czuła jak opada z sił, bo wspomnienia są dla niej zbyt ciężkie, lecz wysunęła jedną z rąk przed siebie. Niepewnie, ale zrobiła to. Nie siłowała się długo, gdyż już po chwili trzymała kawałek papieru w swoich rękach i obracała go parę razy dokładnie analizując. Czuła jakby nigdy go nie było, ale jednak go potrzebowała. Miała cichą nadzieję, że pojawi się gdzieś pośrodku pokoju, a ona znów mogła poczuć jego ciepło. Stałby kawałek od niej. Widziała by każdą zmianę w jego oczach. Widziałaby jak rusza klatką przy każdym wdechu. Widziała jak jego cień po chwili znika, rozpływa się. Podniosła wzrok na łóżko czując jak kolejne łzy zaczynają wypływać z jej oczu. Całe to uciekanie od uczuć było głupie i bezcelowe, zupełnie jak jej życie przez ostatnie kilka miesięcy. Przetarła rozmazane oczy i rzuciła przed siebie kartkę zgniecioną w małą kulkę, której tak naprawdę nie chciała odczytać. Wstała z jasnego dywanu i podparła się o parapet. Stanęła przy oknie zastanawiając się i analizując każdą chwilę jaką z nim spędziła. Znaczyły dla niej tak wiele, a sam Justin jeszcze więcej. Jej myśli rozproszył dzwonek telefonu. Niechętnie ruszyła do drugiego pokoju. Podeszła do stolika i podniosła z niego rozświetlony telefon spoglądając na nieznany numer. Kaszlnęła parę razy po czym odebrała połączenie ciekawa kto to, choć nie była w nastroju na jakąkolwiek rozmowę. Przyłożyła telefon do ucha i odezwała się niepewnie :
- Halo ?
Po drugiej stronie ktoś wziął oddech, a po chwili szybko go wypuścił. Sytuacja powtarzała się kilka razy. Bella zmarszczyła czoło i ponownie zapytała :
- Halo ?
Zupełnie nikt nie odpowiedział. W słuchawce zagościła cisza, a blondynkę przeszedł nieprzyjemny dreszcz kiedy myślała kto to może być. Mimo obaw nie zamierzała się rozłączać, a przeciwnie – cierpliwie czekała, aby dowiedzieć się z kim ma przyjemność. Wszystko zdawało się trwać wieczność, ale minęło zaledwie kilka minut. Tym razem to Bella zaczerpnęła oddechu, lecz w połowie wdechu usłyszała męski głos :
- Mam przyjemność rozmawiać z Bellą Bieber ?
Niewiadomo czemu ten głos zdawał się blondynce znany i automatycznie przestała czuć dreszcze i rozluźniła się.
- Tak. – odpowiedziała pewnie siadając na kanapie. – W czym mogę pomóc ? – zapytała po chwili przekręcając głowę w prawo. Rozmówca znów zaczerpnął powietrza.
- Scooter Braun. – odparł nieco ciszej niż mówił wcześniej, a Bella od razu wstrzymała oddech próbując znaleźć powód, dla którego mężczyzna mógłby do niej dzwonić, lecz nic nie przychodziło jej do głowy. W tej chwili wszystko zaczęło się robić dla niej podejrzane i znów poczuła jak jej ciało się trzęsie.
- Nie rozumiem dlaczego pan do mnie dzwoni. – blondynka nie ukrywała swojego zdziwienia, co nie zaskoczyło mężczyzny. Bella cierpliwie czekała na odpowiedź, ale najchętniej zaczęłaby krzyczeć na swojego rozmówcę, w nadziei, iż szybciej wyjawi powód tej rozmowy.
- Chciałbym poprosić o spotkanie. – wyjaśnił Scooter niskim głosem, a Bella otworzyła szczerzej oczy nie mogąc przewidzieć dalszych losów tej rozmowy. Dziwiła się, że wystarczył, aby jeden telefon, a ona zapomniała o innych problemach, a zajęła się zupełnie czymś innym.
- Niech pan wybaczy, ale nic tutaj nie rozumiem. – zwierzyła się blondynka zaczynając masować czoło w nagłym przypływie migreny. - Niby dlaczego mielibyśmy się spotkać ? – zapytała zdziwiona zagryzając dolną wargę.
- To ważne, musimy w końcu otwarcie porozmawiać, a w szczególności szczerze. – powiedział Braun przełykając ślinę w środku zdania. Bella ponownie złapała się za głowę i przyznała :
- Jeżeli to ważne, to powinnyśmy.
W słuchawce rozległo się nagłe westchnienie a po chwili mężczyzna wyjawił miejsce ich dzisiejszego spotkania, na którym pragnął mówić tylko prawdę. Blondynka odłożyła telefon z powrotem na stolik po czym oparła głowę o krańce kanapy. Brała głębokie wdechy, gdyż na samą myśl o spotkaniu z tym mężczyzną robiło jej się słabo, lecz dała słowo, że się zjawi. Braun kazał jej się stawić za okrągłą godzinę w małej restauracji przed Centra Parkiem. Cieszyła się, że w tym miejscu będzie dużo ludzi, gdyż zupełnie nie wiedziała czego się spodziewać.
Nagle wstała z kanapy i ruszyła w stronę łazienki, aby przywrócić się do normalnego wyglądy, co po wczorajszym dniu było trudne.

Po ulicy niosło się echo jej kozaków na korku kiedy spotykały się one z ciemną kostką. Kroczyła śmiało przed siebie przyodziana w granatowy, ciepły płaszcz, szalik oplatający jej szyję, a także zasłaniający znaczną część twarzy, do tego wszystkiego czapka i rękawiczki. Początek zimy zdawał dawał złe znaki dla mieszkańców Mediolanu, gdyż zaczynało się naprawdę źle. Bella bardziej naciągnęła szal na twarz i przyśpieszyła kroku obawiając się spóźnienia.
Po niecałych dziesięciu minutach znalazła się w przytulnej restauracji. Wchodząc do niej zdjęła czapkę i rękawiczki oraz wytrzepała buty obklejone śniegiem. Stanęła na początku lokalu rozpinając kurtkę, a także wzrokiem szukając Scooter’a. Kiedy dostrzegła go wpatrzonego w coś za oknem przybrała poważny wyraz twarzy i niepewnym krokiem przeszła między stolikami zatrzymując się przy wybranym.
- Dzień dobry. – odezwała się przykuwając uwagę mężczyzny, który wyglądał na zmieszanego, a nawet przestraszonego. Bella ściągnęła z siebie ciepły płaszcz odsłaniając czarną bluzkę opinającą jej zaokrąglony brzuch. Przewiesiła płaszcz przez krzesło, a szal delikatnie odwiązała skupiając wzrok na brunecie.
- Witaj. – odpowiedział na powitanie blondynki kiedy usiadła. Zawiesił na niej swoje ciemne oczy i objął dłońmi ciepły kubek kawy.
- Może byłby pan tak miły i wyjawiłby mi cel naszego szybkiego spotkania ? – zapytała zniecierpliwiona kiedy między nimi zagościła niezręczna cisza. Braun wziął głęboki oddech i otworzył usta.
- No tak, już. – odezwał się speszony. Wydawał się naprawdę spięty, lecz próbował to ukryć co wychodziło mu fatalnie. – Pamiętasz jak zapytałaś mnie wczoraj czy Cię znam, czy kiedykolwiek się spotkaliśmy ? – zapytał cicho i powoli nachylając się w stronę blondynki, która doskonale pamiętała tą sytuację, w której się wygłupiła.
- Tak. – pokiwała twierdząco głową.
- Widzisz. – zaczął niepewnie drapiąc się po karku. – Nie byłem z Tobą do końca szczery. – wyjaśnił przymrużając oczy. Od razu można było dostrzec, że to wszystko jest dla niego trudne, jednak ciągnął wszystko dalej, a Bella słuchała go z zaciekawieniem.
- Co to znaczy, że nie był pan ze mną do końca szczery ? – zapytała układając ręce na stole, a także poważnie spoglądając na bruneta.
- Bo widzisz. – szepnął cicho. – My się znamy, a już na pewno spotkaliśmy. – wyjawił Scooter patrząc na zbitą z tropu dziewczynę.
- Co to znaczy ? – odezwała się po chwili milczenia.
- Bello, może mi nie uwierzysz, ale jestem Twoim ojcem. – powiedział powoli mężczyzna patrząc prosto w niebieskie oczy dziewczyny. Bella wstrzymała oddech, a jej wyraz twarzy stał się nie do odczytania. Wszystko w niej dudniło, obijało się o ściany mózgu, szalało. Spojrzała na mężczyznę siedzącego naprzeciw niej i analizowała jego twarz. Widziała na niej swój nos i budowę ust. Schowała twarz w ręce i zaczęła szybko oddychać, aby się nie rozpłakać. Nagle podniosła się z miejsca i zaczęła ubierać płaszcz. Mężczyzna patrzył na nią zdziwiony.
- Co Ty robisz ? – zapytał. Blondynka odwróciła się w jego kierunku ze łzami w oczach i krzyknęła dosyć głośno :
- Jak mogłeś o mnie zapomnieć, jak mogłeś mnie zostawić ?!
- To nie było tak. – odezwał się natychmiastowo zatrzymując rodziną córkę.
- Z przyjemnością posłucham jak to było. – powiedziała zakładając rękawiczki.

- Wszystko działo się za szybko. – mówił Scooter unikając wzroku blondynki. – Nie miałam nad niczym zapanować, a już na pewno nie nad Twoją matką. – przyznał wycierając oko ręką. Bella od kilku minut słuchała historii swoich biologicznych rodziców nie mogąc zrozumieć wielu spraw. – Koncentrowała się tylko na Tobie.
- Co się stało później ? – zapytała zaciekawiona patrząc na bolesny wyraz twarzy Scooter’a. Mężczyzna wziął głęboki oddech.
- Przyszłaś na świat, a Maddie odeszła. – wyszeptał brunet nie kryjąc łez. Blondynka zakryła twarz. – Myślałem, że nigdy w życiu Cię nie spotkam. – wyznał Barun patrząc na córkę. – Najwyraźniej Bóg dał mi drugą szansę. – powiedział czulej delikatnie się uśmiechając.
- Oddała za mnie życie … - wyszeptała smutno nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Wszystko się nagle zatrzymało. W jej głowie rozległ się krzyk dziecka. Zacisnęła powieki i przez chwilę pozostała w bezruchu, aż głos mężczyzny nie wyrwał jej z dziwnej krainy, do której trafiła.
- Była cudowna. – odezwał się Braun wyciągając z kieszeni portfel. Otworzył go i wsunął w ręce dziewczyny małe zdjęcie. – Zawsze noszę je ze sobą. – zwierzył się lekko uśmiechając. Bella przejechała kciukiem po nawierzchni zdjęcia. Zakręciła jej się łza w oku kiedy widziała niebieskie oczy przykryte blond grzywką, kiedy widziała swoją prawdziwą mamę.
- Dziękuję. – wyszeptała do zdjęcia pełna wdzięczności. Chwilę po tym poczuła oplatające ją ramiona. Po mimo bólu jaki czuła wtuliła się w ojca. To było jak spełnienie wszystkich marzeń na raz, jakby miała w końcu wszystko. Uśmiechnęła się zamykając oczy.
- Wiem, że zepsułem w przeszłości wszystko, ale teraz, chce to naprawić. – powiedział oddalając się od córki. – Dostałem szansę od losu, a od Ciebie ? – uniósł wzrok wpatrując się w niebieskie oczy córki, które przypominały mu jedną, jedyną osobę, którą kochał ponad życie i zawsze będzie ją kochał.
- Tak, tato. – wyszeptała.
Chyba od dawna tak szeroki uśmiech nie zagościł na jej twarzy, a w jej oczach nie szalały te radosne iskierki. Patrzyła na mężczyznę, który zjawił się w jej życiu. Była pewna, że zmieni wiele, że z jego pomocą znów stanie się beztroską dziewczyną, której można było wmówić, że miłość nie boli, że wspomnienia wyblakną, że rany się zagoją, a on nigdy nie wróci.

- Poczta do pani. – zawołała kobieta z recepcji kiedy dostrzegła Bellę wchodzącą do hotelu z zakupami na dzisiejszą kolację z ojcem, przy której miała opowiedzieć mu o swoim życiu. Blondynka podeszła do lady i przejęła list. Od razu kiedy dotknęła papieru i spojrzała na niego wiedziała skąd został nadany, kto go napisał. Puściła w myślach wiązankę przekleństw, a do recepcjonistki uśmiechnęła się.
Kiedy weszła do pokoju odłożyła zakupy w kuchni, a sama usiadła przy stole. Pokiwała głową obracając w rękach list.
- Justin, Justin, Justin … - wyszeptała z rezygnacją. – Wszystko jak zawsze komplikujesz ! – krzyknęła zrzucając list na podłogę. Wstała z krzesła i mocno zaczęła skakać po białej kopercie pozostawiając na niej ciemne i mokre plamy. Po chwili stanęła w miejscu czując ten sam ból. Skuliła się pod ścianą, lecz po chwili wstała i zwalczyła tęsknotę. Wiedziała, że ma kogoś z kimś czuje się silniejsza, że on nie może się liczyć, nigdy nie mógł się liczyć.
Kopnęła list gdzieś w kąt po czym zabrała się za przygotowanie kolacji, która miała wypaść bardzo dobrze. Wyciągnęła wszystko kupione produkty z reklamówek i rozłożyła je na stole. W międzyczasie przyniosła do kuchni swojego laptopa i puściła ulubioną piosenkę na wyciszenie. Zaczęła obierać warzywa, grzała wodę na makaron, podgrzewała patelnię. Wszystko szło bardzo dobrze, aż w końcu jedzenie było gotowe. Pokój w salonie stał się miejscem jej dzisiejszego posiłku. Ułożyła na małym stoliku dwa talerze, kieliszki, noże, widelce i chusteczki. Wszystko miało być dopracowane. Nałożyła na Telerze ciepłe jedzenie, które nauczyła się gotować w restauracji. Nie zamierzała zakładać sukienki. Miała na sobie czarne, po przedzierane spodnie i bluzkę odsłaniającą jedno ramię. Chciała być sobą, a nie stwarzać pozory. W całym mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi. Bella poderwała się z miejsca i szybko je otworzyła.
- Cześć. – przywitał ją tata całusem w policzek, który dziewczyna odwzajemniła.
- Witaj tato. – uśmiechnęła się zapraszając mężczyznę do środka.
Braun dokładnie rozglądał się po każdym zakamarku pokoju i marszczył czoło widząc niemałe zacieki na ścianach. Przymknął oczy a otworzył buzię w celu wypowiedzenia paru słów.
- Nie myślisz nad zamieszkaniem w normalnym miejscu, gdzie dziecko będzie miało warunki ? – zapytał podchodząc do córki, która nakazała mu usiąść przy stoliku w salonie. Spojrzała na niego smutna i zagryzła wargę.
- Nie myślałam nad tym. – odpowiedziała obejmując swój brzuch.
Mężczyzna pokiwał głową i pomachał rękę dając jej znak, że porozmawiają o tym później. Oboje chwycili do rąk sztućce i zaczęli jeść. Nie odzywali się do siebie, aż drugie z nich nie zjadło. Bella rozsiadła się na kanapie odwracając się w stronę ojca po czym delikatnie uśmiechnęła.
- Chcę Cię poznać. – odezwał się Braun, a blondynka natychmiastowo wstała z kanapy i wróciła z kuchni z laptopem pod ręką. Odsunęła talerze ze stołu, a ułożyła na nim urządzenie - uruchamiając. Weszła w filmiki z dzieciństwa, które nagrywała jej przyrodnia matka i wszystko pokazała ojcu, który zdawał się być zachwycony.
- A to kto ? – zapytał Scooter kiedy na filmikach zaczął pojawiać się uśmiechnięty brunet.
- Mój przyrodni brat, Justin. – odpowiedziała dziewczyna próbując nie ukazywać swoich uczuć.
Widziała uśmiech mężczyzny kiedy jego jedyna córka wygłupiała się w młodości ze swoim bratem, a właściwie miłością życia. Sama nie mogła uwierzyć, że kiedyś byli tak blisko, że byli nie rozłączni. Wszystko się zmieniło. Zastanawiała się jak długo jeszcze wytrzyma bez płaczu patrząc na te filmiki. Obróciła wzrok w drugą stronę nie kusząc losu i skupiła się na ścianie. Zapomniała o wspomnieniach, nie miały dla niej wartości. Zacisnęła powieki, ale po chwilę do jej uszu dobiegł jego głos. Dokładnie pamiętała chwilę w swoim życiu kiedy Justin zgodził się nagrać swój śpiew, aby Bella mogła go słuchać na okrągło. Zagryzła wargę i powoli wsłuchała się w idealny głos chłopaka. Przypomniała sobie każdą chwilę i każde uczucie jakie towarzyszyło jej, kiedy mogła przebywać w jego towarzystwie. Nabrała powietrza w płuca, kiedy muzyka została wyłączona.
- Chcę go poznać. – wyznał Braun zwracając uwagę córki, której oczy prawie nie wyszły z orbit. Przełknęła ślinę analizując wypowiedzieć taty.
- Nie ma mowy. – odezwała się stanowczo wstając z kanapy. Scooter wydawał się zdziwiony, lecz po mimo tego nadal ciągnął rozmowę.
- Ten chłopak ma niewysłowiony talent ! – krzyknął radośnie próbując pokazać córce jak bardzo zależy mu na znajomości z tym chłopakiem. Bella patrzyła na ojca, widziała ten błysk w oczu.
- Albo on, albo ja. – wyszeptała po cichu, ale już po chwili żałowała swoich słów.
- Bells, proszę. – błagał mężczyzna.
- Powiedziałam nie ! – krzyknęła zdenerwowana zamykając laptopa. Serce kazało jej wstąpić do kuchni. Kiedy się w niej znalazła schyliła się i sięgnęła po kartkę papieru schowaną w kopercie. Trzymając ją w ręce przeszła do swojej sypialni, w której się zamknęła. Usiadła na łóżku i pomału rozerwała papier. W końcu znajdowała się kartka. Bella wyciągnęła ją i przesunęła po niej wzrokiem. Jej serce trzęsło się jak oszalałe, całe drżało widząc końcowy napis - Justin. Przełknęła ślinę i po mimo strachu zaczęła czytać.

"Bello,

wysyłam do Ciebie kolejny list nie będąc pewien czy to dobry adres, czy do Ciebie dochodzą, czy najważniejsze - odczytujesz je. Stawiam na nie. Dobrze wiem, że wiele Cię to kosztuje, a ja szanuję każdą Twoją decyzję, również tą o wyjeździe, ale to nie zmienia faktu, że za Tobą tęsknię całym sobą, a moje serce powoli i boleśnie usycha, umiera.
Zastanawiam się co mam Ci napisać, co takiego istotnego powiedzieć. Nie wiem. Jestem sam. Jestem samotny. Jestem zagubiony, a raczej zgubiony. Tak, dobrze czytasz - jestem sam. Jestem wolny, choć niezupełnie. Cierpię i chyba dorównuje w tym Tobie. True okazała się jedną z tych, dla których miłość nie ma sensu i nie znajdą tego uczucia. Tydzień po Twoim wyjeździe zostawiła mnie dla jakiegoś lepszego. W sumie nie dziwie się. Byłem inny kiedy mnie zostawiłaś. Czułem się pusty i niepotrzebny, chyba to widziała.
Przez ten cały czas dochodzę do Ciebie, ale jedyne co udało mi się osiągnąć to myśl, że tylko Ty zawsze byłaś tą najważniejszą, a ja po prostu nie chciałem tego. Bałem się o Twoją opinię, którą Ty oczywiście się nie martwiłaś. Bałem się o Ciebie, ale o siebie też. Nie na co dzień można zobaczyć parę, która była kiedyś bratem i siostrą, a w sumie na zawsze nimi pozostaniemy.
Cóż mogę powiedzieć Bella ? Przepraszam.
Tak, to chyba najodpowiedniejsze słowo jakie mogłabyś, teraz ode mnie usłyszeć. Tęsknię za Tobą, choć nie mówię o tym nikomu, bo przecież nie ma czym się chwalić, nawet nie ma komu. Myślami zbyt często wracam do przeszłości, w której się zatracam, bo Ty tam jesteś. Próbuję żyć na nowo, bez Ciebie, ale wciąż czuję jak mam za sobą niedomknięte rozdziały. Straciłem na starcie to co miałem najcenniejszego do zyskania - Ciebie. Boję się ryzyka i nie zamierzałem ryzykować. Chcę walczyć, ale już nie potrafię. Wiem, że jestem silny, ale teraz upadam, jestem słaby. Zniszczyłem to co kochałem, to co razem kochaliśmy, co razem stworzyliśmy. Gubię się, Ty na pewno też. Razem upadamy co dzień, przegrywamy bitwę o swoje szczęście, rozpadamy się wewnętrznie, płaczemy do poduszek, śmiejemy się w jakimś nudnym towarzystwie i znów gubimy, aby trwać w wiecznym kole. Chce zdobywać szczyty, ale chwilę później wiem, że je stracę. Nie wiem jak żyć bez Ciebie. Nie ufam nikomu, coraz częściej brakuje mi siły do życia. Wiem, że nie wszystko stracone. Przecież Ty i ja mamy w sobie uczucia i choć jesteś tam daleko to czuję bicie Twojego serca, czujesz ? Właśnie przyśpiesza.

Justin"


Dziewczyna nie mogła już wytrzymać. Upadła na łóżko, na miękką pościel i ukryła twarz w poduszce zalewając się łzami, zmywając makijaż. Do pokoju wbiegł tata dziewczyny. Usiadł na łóżku i nie wiedząc do zrobić przytulił do siebie swoje dziecko. Kołysał ją i powtarzał, że jutro będzie lepiej. Bella otwarła rozmazane oczy, spojrzała na ojca pełna nadziei i wyszeptała :
- Poznasz go.

* * *


Cześć Wszystkim ! Jak się macie po sylwestrze, bo ja nawet dobrze, choć dzisiejszy dzień jest chyba jakiś dziwny. Zresztą trudno, są te lepsze i gorsze. Rozdział napisałam już wczoraj, ale nie zdążyłam go dodać. Zwróciłam szczególną uwagę na wywarcie na Was jakiś uczuć, na wszystko i mam nadzieję, że idzie to dostrzec. A w następnym rozdziale znów pojawi się Justin !!! Czekaliście na to ? :) Emocji będzie wiele :) A teraz małe podziękowania dla :

♥Jessica.
♥ Oliviaa
♥ escape
♥ a-dream-of-the-past
♥ MaggieBlue
♥ Back-for-you
♥ leonik94
♥ ourlife
♥ Believe-in-lovee
♥ Dusia
♥ cantenss
♥ NowAndTomorrow
♥ Foreverrr
♥ BadBoyAndGoodGirl
♥ Kaite.
♥ sexy-chick
♥ justloveme
♥ bleeding-heart
♥ ImLoved
♥ ewelinka4466
♥ OneDirection5
♥ fight-with-each-other
♥ Pszemeg <3


Dziękuje !

Tagi: opowiadanie
06.01.2013 o godz. 14:37
Przejechała ręką po gładkiej nawierzchni szkła delikatnie uśmiechając się pod zaczerwienionym nosem. Wzrokiem śledziła drogę jaką przebywała nieskazitelnie biała śnieżynka powolnie spływając po szybie. Było ich kilka, każda różniła się kształtem, ale wszystkie powoli zamieniały się w wodę zsuwając się w dół, aby zniknąć gdzieś pośród równych sobie.
Bella przymrużyła oczy wpatrując się w bielutką pierzynę śniegu, która okryła Mediolan. Westchnęła cicho śledząc wzrokiem paru przechodniów ubranych w ciepłe kurtki, którzy równym krokiem przechadzali się po ulicy, na której mieścił się hotel, w którym blondynka wciąż przebywała.
Patrzyła w błękitne niebo nad miastem mody zachwycona jego okazałością. Przykuwało wzrok na dłuższy czas. Nie pozwalało zapomnieć o swoim pięknie. Bella była zaczarowana jego cudownymi barwami i najchętniej nie patrzyłaby na nic innego. Oparła czoło o zimną szybę i wyparła z siebie powietrze pozostawiając na szybie małe zaparowanie. Wyciągnęła przed siebie jeden palec i przejechała z nim tworząc małe serduszko, które przez chwilę można było dostrzec. Jednak po chwili zniknęło. Blondynka otrząsnęła się z transu i rozejrzała po pokoju słysząc ciche wibracje. Ruszyła ku kanapie, na której zostawiła swój telefon i uniosła go odbierając połączenie.
- Halo ? – zapytała rozmarzona nasłuchując nierównego oddechu swojego rozmówcy.
- Bella, to Ty ? – odezwał się męski głos, którego dziewczyna przez jakiś czas nie potrafiła rozpoznać. Była gotowa odłożyć komórkę, ale zacisnęła na niej palce, aby sobie to uniemożliwić. Słysząc jego głos odruchowo pogłaskała się po brzuchu.
- Tak. – odparła niepewnie biorąc głęboki oddech a tym samym siadając na wygodnej kanapie. W słuchawce znów zagościła cisza. Bella z niecierpliwością czekała na jakiekolwiek słowa, które mogą wypłynąć z ust jej rozmówcy, ale widocznie się nie śpieszył.
- Będę dzisiaj w Mediolanie. – zakomunikował, a jego głos stał się bardziej pewny siebie. Blondynka przełknęła ślinę i jedynie przytaknęła. – Pomyślałem, że moglibyśmy się spotkać. – zaproponował znów stając się nieśmiały. Bella delikatnie uśmiechnęła się pod nosem i rozłożyła na kanapie wyciągając nogi przed siebie. Bardzo dogłębnie analizowała jego zaproszenie, aż w końcu zdobyła się na odpowiedź z nieukrywaną radością :
- Czemu nie, przyda mi się wyjście z kimś.
W słuchawce rozległo się westchnienie i cichy okrzyk radości. Blondynka zaśmiała się pod nosem i zamknęła oczy przywołując do siebie obraz Irlandczyka. Pamiętała jego ciepły uśmiech, który rozwiewał wszystkie złe myśli. Pamiętała jego świecące oczy, które potrafiły rozśmieszyć, dodać otuchy w najgorszych momentach. Pamiętała jego ciepło, które miała przyjemność poznać. Pamiętała go całego.
- Będę o osiemnastej. – powiedział zdecydowanie, ale też bardzo radośnie. Dziewczyna nie potrafiła zdjąć uśmiechu ze swojej twarzy. Nie mogła pojąć dlaczego.
- Będę czekać Niall. – odparła czule podkreślając jego imię. Otwierała oczy cicho wzdychając. Po chwili rozłączyła się odkładając telefon na blat stołu przed nią. Czuła jak cała się trzęsie z radości. Nie mogła się doczekać. Wyczekiwała umówionej godziny jak dziecko, które czeka na pierwszą gwiazdkę na niebie podczas Wigilii, aby mogło otworzyć wymarzony prezent.

Stanęła przed lustrem i okręciła się przed nim parę razy marszcząc czoło. Miała na sobie ubrane czarne legginsy i długi, porozciągany, miętowy sweterek, który idealnie układał się na lekko zaokrąglonym brzuszku. Uśmiechnęła się do niego obejmując dłońmi. Czuła się szczęśliwa wiedząc, że ma kogoś, kto nigdy jej nie opuści.
W mieszkaniu rozległ się dźwięk wybijany przez ścienny zegar kiedy dochodziła pełna godzina, tym razem osiemnasta. Dziewczyna czuła się zaniepokojona nieobecnością swojego towarzysza, ale nie zamierzała się denerwować. Usiadła na kanapie i zaczęła wystukiwać butami rytm znanej piosenki przymrużając przy tym oczy. Minęło kolejne dziesięć minut zanim Bella usłyszała pukanie do drzwi. Poderwała się z kanapy i pociągnęła za klamkę.
- Punktualność to nie moja cecha. – odezwał się blondyn delikatnie się uśmiechając. – Przepraszam. – wyszeptał wyciągając przed siebie piękny bukiet czerwonych róż. Dziewczyna sięgnęła po nie ręką i również uśmiechnęła się wkładając je do mieszkania. Założyła ciemny płaszcz na ramiona. Obwiązała się szalikiem po czym spojrzała na Irlandczyka, który wystawił ramię w jej kierunku. Zamknęła wynajęty pokój a po chwili trzymając ramię chłopaka wyszli z hotelu kierując się w stronę czarnego mercedesa. Bella szerzej otworzyła oczy i przełknęła ślinę próbując wyglądać normalnie. Śnieg delikatnie padał na jej bladą twarz i zamieniał się w wodę. Niall otworzył jej drzwi do auta a po chwili sam usiadł na miejscu kierowcy. Blondynka rozglądała się po wnętrzu samochodu podziwiając skórę i miękkie siedzenia. Była pod wrażeniem.
- Jak się czujesz ? – zapytał chłopak odpalając silnik, który ledwo było można usłyszeć.
- Dobrze. – odparła krótko obracając się w kierunku okna. W samochodzie zagościła cisza. Niall skupił się na drodze, a dziewczyna zakochała się w mijanych, starych kamienicach, które zostały oświetlone małymi lampkami, zupełnie jak wszystkie ulice Mediolanu. Zimna wydawała się cudowna i faktycznie taka była. Olśniewała swoim pięknem, zupełnie jak każda pora roku tutaj.
- Nie odbierałaś moich telefonów. – odezwał się smutno Niall kątem okna spoglądając na blondynkę, która automatycznie zwinęła się na siedzeniu. – Zdziwiłem się, że odebrałaś dzisiejszy, że się zgodziłaś na spotkanie. – uśmiechnął się zwycięsko kręcąc kierownicą w prawo.
- Nie sądziłam, że będziesz chciał w ogóle ze mną rozmawiać po tym co zrobiłam na lotnisku. – wyznała ze skruchą wspominając tamten moment kiedy uraziła jego uczucia zachowując się egoistycznie. Blondyn pokiwał głową zaznaczając, że rozumie i ponownie skręcił w jakąś wąską drogę.
- Gdzie jedziemy ? – zapytała dziewczyna próbując zmienić temat, który powoli doprowadzał ją do płaczu.
- To tylko skróty. – uśmiechnął się Niall i dodał gazu zostawiając za sobą kolorowy Mediolan. Po chwili znów zostali otoczeni kolorowymi budynkami, tym razem było ich jeszcze więcej niż wcześniej. Bella przyglądała się każdemu próbując zapamiętać jego posturę, barwę kolorów a także ilość okien, ale było to niewykonalne. Po chodnikach przechodziły setki ludzi, którzy zdawali się zmierzać do tego samego celu. Niall stanął przed wielkim budynkiem, najbardziej oświetlonym i wysiadł z auta. Otworzył drzwi blondynce i pomógł jej wysiąść.
- Witamy panie Horan. – zaśmiał się wysoki mężczyzna po czym od razu podszedł do zauważonych gości. Bella przyglądała mu się z zaciekawieniem. Jego twarz pokrywał kilkudniowy, ciemny zarost, który wydawał się dziwnie znajomy. Nie wyglądał na starego, ani na młodego, był średni. Ubrany w ciemny garnitur uśmiechał się do wszystkich.
- Miło Cię widzieć Scooter. – rzucił radośnie blondyn i wyciągnął prawą dłoń w stronę mężczyzny, aby się przywitać.
- Już myślałem, że odrzucisz moje zaproszenie. – pogroził palcem. – Kim jest Twoja towarzyszka ? – zapytał przenosząc wzrok na onieśmieloną a także zamyśloną dziewczynę.
- To Bella. – odparł Niall delikatnie się uśmiechając. – Przyjaźnimy się. – dodał po chwili kiedy Braun zdążył ucałować jej dłoń. Blondynka nie potrafiła oderwać wzroku od mężczyzny, chciała zapamiętać jego twarz, w końcu znała go, albo chociaż kojarzyła.
- Wejdźcie do środka. – zaproponował Scooter i lekko ukłonił się odchodząc dalej do nowych gości. Niall uśmiechnął się i chwytając dziewczynę za rękę pociągnął ją za sobą w kierunku wielkiego budynku. Zatrzymali się przy wejściu a chłopak wyciągnął dwa bilety. Bella nie zdążyła wiele zauważyć, ale już czuła się nieswojo. Przeszli do środka budynku, w którym królowały złote ozdoby. Blondynka przełknęła ślinę i spojrzała na pięknie ubrane kobiety, a potem pomyślała o sobie.
- Czemu mi nie powiedziałeś jak mam się ubrać. – szturchnęła Niall’a ramieniem.
- A ubrałabyś suknię ? – zapytał podejrzliwie na co dziewczyna aż się zatrzęsła. – Widzisz. – zaśmiał się chłopak i przyśpieszył kroku. Skierowali się na schody i zaczęli po nich skakać, gdyż Irlandczyk zaczął lamentować, iż nie zdążą. Sala do której zmieszali wydawała się największą jaką Bella widziała w życiu. Przypominała salę kinową, ale ta służyła zupełnie do czego innego o czym świadczył wielki wybieg na jej środku. Cała sala była już zapełniona ludźmi. Niall pociągnął blondynkę i razem zaczęli schodzić w dół pomieszczenia. Zatrzymali się przed wybiegiem i przysiedli na wygodnych krzesłach. Bella wymusiła z siebie jedynie ledwo dosłyszalny okrzyk zdziwienia.
- Co ? – zapytał zdziwiony chłopak, ale blondynka nie miała już sposobności wyrazić swojej opinii. Pokaz został otwarty przez przyjaciela Irlandczyka, który wydawał się dziwnie znała te piwne oczy, ale skąd. Poprawiła blond włosy i rozsiadła się na siedzeniu opierając się z jednej strony o przyjaciela.
- Mam nadzieję, że pokaz Wam się spodoba. – zakończył swoje przemówienie Scooter i zszedł z wybiegu. Bella śledziła go wzrokiem, ale po chwili straciła z nim kontakt. Wszystkie światła zgasły, a najbardziej oświetlony pozostał wybieg, na którym zaczęły pojawiać się modelki. Nie wyglądały atrakcyjnie, były wychudzone, dziwnie uczesane, ale też okropnie ubrane. Blondynka ukryła swój zdegustowany wzrok gdzieś pod rękę i dyskretnie rozejrzała się po Sali. Chyba miała szczęście. Akurat przez sam środek przechodził Scooter. Zmierzał do wyjścia z sali. Musiała wiedzieć skąd go kojarzy.
- Muszę do toalety. – szepnęła Niall’owi na ucho i wstała z siedzenia próbując nikomu nie zasłaniać widoku. Przyśpieszyła kroku i jak najszybciej wyszła z pomieszczenia rozglądając się w prawo i w lewo, aby znaleźć mężczyznę. Gdzieś po prawej stronie rozlegało się pogwizdywanie. Dziewczyna ruszyła w tamtym kierunku. Po chwili kiedy znalazła się na prostej dostrzegła go wchodzącego do męskiej toalety. Podeszła bliżej i oparła się o ścianę. Wzięła głęboki oddech. Dopiero teraz zaczęła myśleć co mogłaby mu powiedzieć. Teraz, cokolwiek zrobi może wyjść na idiotkę. Poklepała się po czole i jak najszybciej zaczęła iść z powrotem.
- Mogę Ci w czym pomóc ? – usłyszała za sobą i przeklęła siebie w myślach. Obróciła się z wymuszonym uśmiechem i spojrzała na mężczyznę.
- Szukam łazienki. – wymyśliła na poczekaniu zagryzając dolną wargę. Brunet spojrzał na nią zdziwiony i wskazał palcem na drzwi, które mieściły się po jego lewej stronie z napisem – toaleta. Bella poczuła jak coś uwiera ją w brzuchu, teraz wyszła na niemyślącą. Uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową.
- No tak.
Mężczyzna otworzył przed nią drzwi i gestem dłoni zaprosił do środka a sam odstąpił na bok, aby mogła przejść. Bella ruszyła przed siebie, ale stojąc w progu drzwi obróciła się kładąc dłoń na klamce.
- Posłuchaj. – zaczęła nie wiedząc jak miałaby się do niego zwrócić. – Tak naprawdę nie szukałam łazienki, przyszłam tutaj za Tobą, bo chciałam o coś spytać. – dodała na jednym oddechu patrząc wprost na mężczyznę, który delikatnie się uśmiechnął podchodząc do niej bliżej. Przełknęła ślinę widząc błysk w jego oku. Stali niebezpiecznie blisko siebie wpatrując się w swoje twarze.
- Tak ? – zapytał Braun kiedy cisza zaczęła go przerażać. Bella czuła się skrępowana dlatego zrobiła krok w głąb łazienki i ponownie uniosła wzrok, aby spojrzeć na mężczyznę.
- Czy nie uważasz, że już kiedyś się spotkaliśmy ? – zapytała marszcząc brwi. Scooter po usłyszeniu pytania wydawał się naprawdę zbity z tropu jednak nie spuścił wzroku z dziewczyny i zaczął intensywnie ilustrować jej twarz. Jego oczy nagle się zaświeciły, lecz szybko wszystko ukrył. Pokręcił głową z politowaniem i odpowiedział :
- Wątpię. Nigdy w życiu Cię nie widziałem. Pamiętałbym tą twarz.
Bella przytaknęła i smutno się uśmiechnęła mijając go w drzwiach.
- Dziękuję. – obróciła się będąc nieco dalej i ruszyła długim korytarzem, aby znów znaleźć się na Sali pełnej sławnych i bogatych ludzi, co w ogóle jej nie kręciło. Stanęła na samym końcu i ani jej się śniło, aby ponownie usiąść w pierwszym rzędzie. Obserwowała Niall’a, który cały czs kręcił się w swoim krześle próbując wyszukać ją wzrokiem. Dziewczyna uśmiechała się za każdym razem kiedy wykonywał następny ruch. To wszystko stawało się coraz słodsze, nawet jeżeli czuła niezadowolenie z spotkania z samym Braun’em.

- Nie wróciłaś do mnie. – odezwał się Niall kiedy przy wejściu napotkał swoją towarzyszkę. Bella delikatnie uśmiechnęła się i wzruszyła ramieniem przechodząc obok niego całkiem obojętnie. Nie chciała się tak zachowywać, ale nie była zbyt zawiedziona, aby próbować inaczej. Przeszli na parking obok luksusowego budynku i znów usiedli w miękkich siedzeniach mercedesa. Niall bez słowa zapalił silnik i ruszył przed siebie, tym razem przez centrum miasta.
- Masz ochotę na jakąś kolację ? – zapytał blondyn odrywając wzrok od drogi, aby spojrzeć na skuloną dziewczynę.
- Wolałabym zjeść w domu pizzę. – odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
- Wedle życzenia. – odparł Irlandczyk i przycisnął gazu wymijając parę aut. Bella znów zapomniała o całym świecie i skupiła się na pięknym wyglądzie Mediolanu. Widziała jak śnieg opadał na szybę oraz wszystko co było na zewnątrz. Przykrył znaczną część chodników i parków tworząc niezapomnianą atmosferę. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem i oparła czoło o szybę. Kolorowe światełka zlewały się ze sobą przez szybkość auta, ale i tak wyglądały cudownie. Przy drogach poustawiane były choinki ustrojone bombkami. Wszystko przypominało jej rodzinne święta, który miały już nigdy nie nadejść. Jak najszybciej pokręciła głową próbując wyrzucić z niej wspomnienia, a także myśli jakie się w niej zrodziły.
- Wszystko w porządku ? – zapytał zaniepokojony blondyn kładąc jedną ze swoich rąk na jej ramieniu. Bella spojrzała na niego i pokiwała głową dając do zrozumienia, że jest dobrze. Ponownie obróciła się do okna i posmutniała pamiętając każdy wycinek świątecznych wieczorów w jej dawnej rodzinie. Musiała przyznać, że tęskni za mamą, która już nigdy nie powróci do niej. Tęskniła za tatą, który nie wiadomo gdzie się podziewa. Tęskniła za Justinem, który zranił ją niesamowicie, a jednak kochała i tęskniła.
Starała się nie być naiwną, ale wszystko podpowiadało jej, że serce nie zniesie więcej bólu czy rozstań, tym bardziej, że teraz nie mogła już myśleć tylko o sobie jak to miała w zwyczaju. Teraz nie była sama, nigdy nie będzie. Westchnęła cicho i poprawiła się w fotelu. Widziała jak powoli dojeżdżają pod hotel. Odpięła pas i jako pierwsza wysiadła z auta kierując się w stronę wejścia. Minęła recepcję przechodząc obok niej obojętnie.
- Panno Bieber ! – zawołała kobieta wybiegając z recepcji. Bella zatrzymała się i obróciła spoglądając na uśmiechniętą kobietę. – Poczta do pani. – odparła podając blondynce jedną kopertę nadaną prosto z Denver, co wcale jej nie rozweseliło. Przymknęła oczy czując nagłe zmęczenie.
- Dziękuję. – odezwała się słabym głosem do kobiety i znów ruszyła przed siebie ściskając w ręce białą kopertę.
- Coś się stało ? – zapytał zatroskany Niall podbiegając do niej natychmiastowo. Przetarła oczy, które coraz bardziej stawały się senne i spojrzała na blondyna.
- Wiesz Niall, chyba już nie mam na nic ochoty. – odparła najgrzeczniej jak potrafiła choć tak naprawdę wszystko się w niej gotowało. Patrzyli sobie w oczy przez dłuższą chwilę, aż w końcu jej towarzysz zapytał zasmucony :
- To przez niego ? Ten list to od niego ?
Bella potwierdziła jego słowa kiwnięciem głowy i smutno się uśmiechnęła.
- Zostawię Cię, ale dzwoń jakbyś potrzebowała kogoś do towarzystwa. – powiedział cofając się. Oboje uśmiechnęli się na pożegnanie a po chwili rozeszli w dwie strony. Blondynka jak najszybciej pobiegła do swojego pokoju i zamknęła go na klucz rozsiadając się na kanapie. Rozdarła kopertkę i wyciągnęła z niej kartkę, która w całości pokryta była ciemnym, niedbałym pismem. W niektórych miejscach można było zauważyć ślady po łzach jakie mogły spadać z jego oczu. Przejechała po śladach czując delikatne kłucie w sercu, choć nie powinna. Samo jego pismo budziło w niej to dziwne uczucie zakochania, które okropnie raniło. Przejechała wzrok na samą górę listu. Jej serce biło jak oszalałe i tak naprawdę nie wiedziała czy powinna go czytać, ale tak bardzo tęskniła. Powoli zaczęła go czytać w myślach :


” Bello,
to nie możliwe, ale chciałabym być z Tobą i móc Cię objąć ten jeden raz. Czasem wyobrażam sobie co robisz, choćby w tej chwili. Ciekawe kto na Ciebie patrzy jeśli jest ktoś taki i czy mimo wszystko pamiętasz o mnie….”



Przerwała czytanie i zaczerpnęła powietrza. Czuła jak w jej oczach zbierają się łzy. Już przestała nad sobą panować. Ktoś inny przejął nad nią kontrolę. Wpatrywała się w kartkę i nie mogąc się opanować pogniotła ją rzucając gdzieś w kąt. Złapała się za głowę przeczesując palcami potargane włosy zaczęła krzyczeć nie bojąc się reakcji innych ludzi, którzy mieszkali w hotelu. Musiała w końcu to z siebie wymusić. Łzy spływały jej po policzkach jakby miała ich w sobie tysiące litrów. Nie zatrzymywała ich. Potrzebowała tego. Jej krzyk rozniósł się po całym hotelu. Złapała za poduszkę i utuliła na niej swoją głowę. Od dawna nie czuła tego bólu w klatce. Jakby serce przestało bić, a zaczęło pękać w różnych miejscach. Zacisnęła palce na piersi i znów zaczęła krzyczeć przeklinając jego i swoje życie, które zniszczyła zakochując się nie w tym człowieku. Nienawidziła go, ale podarował jej coś co trudno nazwać. Poruszył w niej co, o czego istnieniu nie wiedziała. Był, jest będzie częścią jej życia, zawsze. Dopiero co się ułożyło, po co znów się pojawił ...

* * *


Jak obiecałam rozdział dodaję ! Nie jest on jakiś cudowny i zaskakujący, ale zły też nie. Chyba jest przeciętny, tak sądzę. Chyba Was zadowoli na jakiś czas ? Starałam się. Może nie widać, ale starałam. Jak tam u Was po Świętach, bo ja nie mogę uwierzyć, że zaraz mam iść do szkoły. Poważnie. Musze ogarnąć sprawiany, bo wiem, że od razu 2 mam jakiś. Drugie półrocze ma być lepsze ! Postanowienie moje. A wasze ? Jakieś postanowienia na nowy rok ?
Chciałam podziękować za WSZYSTKIE komentarze, które napisaliście. Dziękuję bardzo !
Dziękuję też osobom, z którymi ostatnio pisałam i podniosły mnie na duchu, że jednak coś z siebie wyskrobię ! Dziękuję ! Dziękuję też za to, że jestem najczęściej odwiedzanym blogiem na bloblo.pl - jestem naprawdę wdzięczna, bo to tylko wasza zasługa. Dziękuję też za 211 obserwatorów bloga ! Za wszystko dziękuję ! Jesteście niesamowici ! <3
Do następnego ? :)
Tagi: opowiadanie5
28.12.2012 o godz. 23:10
BOŻE ŚWIĘTY ! SIEDZĘ NA GŁÓWNEJ BLOBLO I TAM PATRZE RANGI I WIDZĘ :

Najczęściej obserwowany: thatbeeasy


Dziękuję bardzo ! <3 Jesteście niesamowici !
Jutro dodam rozdział !
Tagi: *.*
27.12.2012 o godz. 23:00
Już jutro jest Wigilia i nie mam zielonego pojęcia jak to się stało. Po prostu przeleciało. Pamiętam dopiero jak kończyły się wakacje, ale powoli się przyzwyczajam do tej prędkości.
Cóż, chciałam Wam życzyć wszystkiego co najlepsze na te święta. Życzę, żebyście uśmiechały się coraz częściej, odłożyły na bok wszystko bóle, zapomnieli o wrogach i te kilka dni w roku byli dla siebie mili, nawet jeżeli to nie wpływałoby na dalszą przyszłość. Życzę, żebyście pośród tego całego zamieszania odnalazły siebie na kilka chwil i zadumały się, w czym pomoże Wam klimat Świąt. Życzę, żebyście dali szansę ludziom, których odrzucałyście w pewnych momentach swoje życia, nawet nie widząc kim jest ten człowiek. Życzę, żebyście poczuli szybkie bicie swojego serca kiedy zobaczycie kogoś na kim Wam zależy. I najważniejsze. Życzę Wam, aby te Święta były dla Was radosne, pełnie miłości, wolne od bólu, pełne zrozumienia, optymizmu spędzone z rodziną i bliskimi. Ten jeden dzień w roku uczyńcie najbardziej wyjątkowym, zasługuje na to.
Dziękuję za wszystko, jesteście świetni !
I pamiętajcie, to jeden dzień w roku.

Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy;
dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory.
Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem.


WESOŁYCH ŚWIĄT !
Tagi: *.*
23.12.2012 o godz. 20:27
Bardzo przepraszam za ten cały miesiąc, czy więcej, ale napisałam w końcu rozdział, NAPISAŁAM ! ♥

_______________________________


„Powinnam już przestać … Już dawno, ale wcześniej nie miałam tyle siły, zresztą teraz jest jej o niewiele więcej. Czuję jak moja głowa zaraz eksploduje, za dużo w niej Ciebie – Twojego uśmiechu, którym mnie obdarowałeś, jeszcze tak niedawno, Twoich świecących oczu, których szukam co dzień w ciemności mojej sypialni, Twojego ciepła, które w każdej chwili może mnie otulać dookoła, Twojego głosu, który sprawi, że znów się uśmiechnę.
Siedzę w moim pokoju i zastanawiam się co by było gdybyś wiedział co dzieje się ze mną co noc. Gdybyś zdawał sobie sprawę z tego jak leżę w mroku stukając palcem o ekran komórki i wyczekując cholernej wiadomości na dobranoc. Gdybyś widział jak kolejne łzy, zostawiają przezroczyste smugi na moim policzku, a chwilę potem skapują na poduszkę. Gdybyś czuł, to co dzieje się w moim sercu w tamtych chwilach. Gdybyś miał świadomość tego, jak moje myśli uporczywie krążą wokół Twojej osoby. Gdybym Ci to wszystko powiedziała - wróciłbyś. - może z litości, może z żalu i współczucia w stosunku do mnie, ale wróciłbyś, albo nie, bo przecież zapomniałam, że znalazłeś już miłość swojego życia. Szkoda, że cały czas myślę, że to ja jestem tą jedyną, która może Cię uszczęśliwić. Za często się zapominam. Śmieszne jest to, że potrafię zapomnieć nawet o wszystkich krzywdach jakie mi wyrządziłeś, a tak naprawdę pamiętam tylko jedną – ją, piękną True, siostrę mojego zmarłego chłopaka. Wybaczyłabym Ci to, wybaczyłabym Ci wszystko.
Może za kilka lat miniemy się na chodniku, a nawet nie będziemy wiedzieć, a może będzie tak, że się do siebie uśmiechniemy, spojrzymy na siebie ze zdziwieniem i po chwili pójdziemy dalej, jakby nic się nigdy nie stało. Może być też tak, że wpadniemy w sobie w ramiona i odnajdziemy gdzieś to szczęście,
którego szukamy. Może będziemy sobie obojętni. Może nie będzie już któregoś z nas. Może zapomnimy. Może będziemy mieć się cały czas w głowach. Chęć odnalezienia pozostanie w nas gdzieś. Może być tak, że poznamy się na nowo kiedyś, gdzieś i pokochamy. Może... „


- Jesteś głupia Bello. – wyszeptała po cichu zamykając pamiętnik oprawiony w czarną skórę. Przymknęła oczy i pogładziła jego nawierzchnie po raz kolejny wracając myślą do mementu kiedy mogła czuć jego zapach dookoła niej, kiedy stała naprzeciwko niego i mogła go śmiało objąć. Spojrzała na swoją rękę, na której mieścił się żółty zegarek. Zagryzła wargę i chowając pamiętnik pod poduszkę wstała z łóżka kierując się w stronę wyjścia z pokoju. W swoim małym salonie przewiesiła przez ramię brązową torbę upewniając się, że ma w niej wszystko. Chwyciła za klamkę od drzwi i wyszła na korytarz zamykając je na klucz.
Lato przeminęło, czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Kolejne dni upływały, dzień po drugim. Wszystko stawało się łatwiejsze, normalniejsze, coraz bardziej przyzwyczajała się do pięknego Mediolanu i tamtejszego stylu życia, który jednak różnił się od amerykańskiego. Po mimo tęsknoty rzadko myślała o rodzinnym Denver i próbowała żyć od nowa, w końcu takie były jej zamierzenia. Wszystkie wspomnienia stawały się zamarzniętą ziemią, która już nigdy nie wyda niczego podobnego. Uśmiechnęła się uroczo, lecz jednak smutno i schowała zmarznięte ręce do kieszeni swojej jasnej kurtki.
Jesień dopadła Mediolan, czyniąc je jeszcze bardziej magicznym niż w jakiejkolwiek innej porze roku. Klimat jaki było czuć w powietrzu był niepowtarzalny, jakby tylko to miasto miała w sobie to coś. Drzewa stawały się coraz bardziej łyse i tajemnicze. Złociste oraz czerwone liście swobodnie opadały na trawniki i chodniki z lekką pomocą podmuchów zimnego wiatru, który z niebywałą dbałością owiewał każdą roześmianą twarz spacerującą po rozświetlonym parku w środku miasta. Bella głęboko wdychała świeże powietrze, które oczyszczało jej mózg. Każdy potrzebował chwili wytchnienia, aby pozbierać myśli i napatrzeć się na cuda natury, która zdaje się coraz piękniejsza i nieznana. Na drzewach można było zauważyć rude wiewiórki skaczące po nich radośnie z gałęzi, na gałąź. Blondynka uśmiechała się do mijanych przechodniów z pogodnym wyrazem twarzy ukazując im szacunek.
Stawiała coraz większe kroki i przyśpieszała, lecz nadal delektowała się czystym powietrzem wydychając je dogłębnie, po czym z lekkością wypuszczała je roztwierając idealnie pełne malinowe wargi. Poprawiła poskręcane, blond włosy i utkwiła wzrok w kończącym się szlaku parku. Weszła na nierówny chodnik i uważając na każdy stawiany przez siebie krok ruszyła prosto przed siebie, wiedząc, że jej podróż niedługo dobiegnie końca.
- Cześć Zayn. – odezwała się radośnie wchodząc do niewielkiej restauracji na końcu ulicy, w której od niedawna pracowała. Mulat uśmiechnął się do niej promiennie przyjmując zamówienie od pewnej pary. Dziewczyna przeszła między paroma stolikami i weszła na zaplecze ściągając z siebie ciepły szal i kurtkę. Położyła swoje rzeczy na krześle, a po tym przewiązała sobie na biodrach biały fartuch. Przeglądnęła się w małym lustrze poprawiając włosy i chwytając za notatnik podeszła do lady.
- Wszystko w porządku ? – zapytał wysoki chłopak podchodząc do niej z troskliwym wyrazem twarzy.
- Tak, tylko trochę mi słabo od rana. – przyznała delikatnie się uśmiechając. Zayn obszedł ladę i stanął obok blondynki kładąc jej swoją dłoń na ramieniu, które lekko ścisnął.
- Może powinnaś wziąć wolne ? – zapytał z nieukrywaną troską spoglądając w niebieskie oczy dziewczyny, która zdawała się nie móc wypowiedział ani jednego słowa.
- Dopiero co zaczęłam tutaj pracować, nie mogę, a przede wszystkim nie potrzebuję. – odezwała się po chwili przejeżdżając ręką po gładkiej nawierzchni drewna, z którego zrobiona była lada. Dobrze wiedziała jaka jest jej sytuacja, ale brnęła w to dalej. Uśmiechnęła się do mulata i zawiesiła na nim wzrok próbując pokazać, że wszystko jest dobrze. Cisze przerwał klient wchodzący do restauracji.
- Zajmę się tym. – oznajmiła blondynka i z niemałą ulgą przeszła obok bruneta. Z delikatnym uśmiechem podeszła do stolika, przy którym usiadł starszy mężczyzna i zabrała zamówienie. Po chwili wszyscy w kuchni brali się do roboty.
W ciągu całego ranka, zawroty głowy i przejściowe odruchy wymiotne stały się porządkiem dziennym. Jednak Bella próbowała wszystko ignorować i z uśmiechem na twarzy przepracowała cały poranek. Przez tłumy ludzi w restauracji, nawet nie wyszła na przerwę i cały czas tłumiła wszystko w sobie próbując jedynie głęboko oddychać, aby zapobiec jakiemuś nieszczęściu. W jednej z chwili nie wytrzymała i usiadła pod ścianą wychodząc z kuchni. Notes z zamówieniami wypadł z jej bladych palców, razem z długopisem. Blondynka łapczywie wdychała powietrze zaciskając powieki jak najmocniej potrafiła. Krztusiła się każdym oddechem jaki zaczerpnęła. Jakieś nieprzyjemne dreszcze zaczęły przechodzić po jej ciele, aż dziewczyna w końcu nie mogła wytrzymać. Kilka razy wydała z siebie krzyk, który usłyszał każdy. Nie minęła sekunda a słyszała głosy dookoła siebie./
- Przepuście mnie ! – krzyczał z dala jakiś głos torując sobie przejście między dziesiątką ludzi, którzy okrążyli bladą jak ściana dziewczynę. Jedna z kobiet jak najszybciej zadzwoniła po pogotowanie. Zayn przykucnął przy blondynce i złapał jej chude ręce w swoje obejmując ją całą. Przysunął ją do swojej klatki piersiowej i kołysał głaskając po głowie, ale Bella nadal krztusiła się i nie mogła złapać oddechu.
- Szybciej. – powtarzał mulat po cichu modląc się w duchu o zdrowie dziewczyny. Ucałował jej jasne włosy i jeszcze mocniej ją objął. Ludzie dookoła byli przejęci, ale też przerażeni tym co się właśnie działo. Szeptali pomiędzy sobą, ale do Zayn’a nie docierały żadne słowa. Zamknął się w swoim świecie i opanowała go cisza. Jego myśli obijały się w jego głowie pozostawiając gdzieś za sobą głuche echo. Nie potrafił ułożyć paru zdań, aby wystarczająco dobrze pomodlić się za blondynkę, o jej zdrowie.
Chłopak otrząsnął się kiedy do restauracji wbiegło pogotowie ratunkowe, a jednej z mężczyzn odsunął go od dziewczyny kładąc prosto na zimnej podłodze wyłożonej kafelkami. Zayn przyglądał się wyrazowi jej twarzy, który zupełnie nic nie mówił. Jej usta były otwarte a oczy ledwo otwarte.
- Trzymaj się. – odezwał się błagalnym głosem mulat nie spuszczając wzroku z Belli, która została wkładana na nosze przez ratowników. Zayn ruszył za dwoma mężczyznami i wyszedł z restauracji. Na dworze wiał zimny wiatr, ale chłopak nie zwrócił na niego zbytniej uwagi. Liczyła się tylko ona, nawet jeżeli nie wiedziała o jego uczuciach, które zmieniły się całkiem niedawno. Zaczerpnął powietrza i przyśpieszył kroku, aby zająć miejsce w karetce. Żaden z ratowników mu nie zabronił, gdyż byli zbyt zajęci, aby patrzeć na niego. Zajęli się dziewczyną rozrywając jej bluzkę i podłączając do respiratora. Wszystko wyglądało zbyt poważnie na jakieś zatrucie. Zayn złożył ręce jakby za chwilę miał się modlić i schylił głowę. Był pewien, że wszystko jest możliwe, jeżeli tylko się wierzy i gorąco modli. Przymknął oczy i ponownie odłączył się od świata pozostawiając za sobą zdenerwowane tony lekarzy i ich szybkie ruchy. Pochłonęła go najwspanialsza modlitwa z dzieciństwa. Powtarzał ją w kółko, aż w końcu przestał kiedy karetka zatrzymała się przed szpitalem. Jak najszybciej wyskoczył z niej i dotrzymał kroku ratownikom, którzy pchali nosze z blondynką. Chyba jeszcze nigdy się tak o nikogo nie bał w życiu, przenigdy.
Zayn zajął miejsce przed salą dziewczyny po czym oparł głowę o zimną ścianę. Przymknął zmęczone oczy i uspokoił każdy nerw w swoim ciele, przynajmniej próbował to zrobić. Znów zaczął oddychać głęboko, ale nie potrafił wyrzucić z głowy najczarniejszych myśli. Szybko wstał z krzesła i przejechał dłonią po nawierzchni szkła, które dzieliło go od niej. Patrzył zmartwionym wzrokiem na jej bezwładne ciało, które nie poruszyło się od dawna. Przekręcił się i oparł plecami o ścianę. Nie mógł znieść myśli, że jej nie będzie. Ponownie zamknął oczy i wciągnął parę razy powietrze, jednak to nie pomogło. Szybkim krokiem przeszedł przez korytarz, przez który przechodziły pielęgniarki i lekarze oraz chorzy ludzie. Znalazł się przy wejściu do kliniki. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów, a po chwili jeden z nich wylądował w jego ustach, już zapalony. Delikatnie wciągał aromat tytoniu, który okazał się najlepszym środkiem na jego złagodzenie. Przymknął oczy i po raz ostatni nabrał w usta dymu. Wyrzucił papierosa, a po chwili wyciągnął telefon wybierając numer Liam’a.
- O co chodzi Zayn ? – zapytał jego przyjaciel kiedy tylko odebrał połączenie.
- Zajmij się restauracją, proszę. – odparł zagryzając dolną wargę.
- Wisisz mi piwo Malik. – odezwał się Liam, a po chwili rozmowa została zakończona. Zayn uśmiechnął się i wrócił do szpitala znów siadając na krześle.

- Myślę, że wszystko powinno być dobrze, wróci do zdrowia już niedługo. – odezwał się starszy lekarz parząc na drgającą powiekę blondynki. Mulat spojrzał z wdzięcznością na lekarza i posłał mu uśmiech, a po chwili usiadł na skraju łóżka dziewczyny łapiąc jej rękę. Nie musiał długo czekać, aż nie do końca świadoma blondynka również odwzajemniła jego gest. Ponownie się uśmiechnął i spojrzał na lekarza.
- Dziękuję. – wyszeptał z powrotem przenosząc wzrok na Bellę, choć tak naprawdę nic ich nie łączyło, a Zayn wcale nie chował w sobie nadziei na jakiekolwiek połączenie. Patrzył na jej idealną twarz i napawał się jej delikatnością. Kiedy była w pobliżu czuł się nikim, nie wiedział nikogo. Przyćmiewała jego świat i wszystko dookoła, liczyła się tylko ona. Mulat czuł się idealnie. Nie chciał niczego zmieniać. Miał wokół siebie najukochańsze osoby na ziemi. Od dawna upajał się szczęściem. Wyciskał życie jak pomarańcze. Szczęście wylewało mu się uszami i ciągle powtarza mu, że jest szczęściarzem.
Minęła kilka godzin zanim Bella na dobre powróciła do rzeczywistości. Najpierw przechyliła głowę na lewo, potem na prawo, aż w końcu uchyliła jedno okno, a zaraz po tym drugie. Zdezorientowana rozglądała się dookoła siebie próbując znaleźć odpowiedź na chociaż jedno pytanie jakie w niej siedziało. Pustka. Była sama w pokoju, w dodatku przerażona. Czuła się jakoś nieswojo. Zrezygnowała z jakiegokolwiek ruchu, ale dokładnie przypatrywała się całemu pokojowi, który spowijała ciemność.
Łóżko, na którym leżała było śnieżnobiałe i miękkie. Cała okryta była jasnym prześcieradłem. Po jej prawym boku znajdował się mały stolik a na nim zapalona lampka, która była jednym źródłem światła i jakiś jogurt, którego Bella nie raczyła się ruszyć. Swój wzrok przerzuciła na limonowe ściany obejmujące ją z każdej strony. Przymknęła oczy czując nagły przypływ bólu głowy, lecz po chwili znów je otwarła, z przyzwyczajenia.
Nie wiadomo dlaczego czuła, że historia się powtarza. Szybko przekręciła głowę w kierunku wejścia do sali i delikatnie się uśmiechnęła widząc w nich rozpromienionego Justina. Patrzył na nią z nieukrywaną radością.
- Skąd się tutaj wziąłeś ? – zapytała słabym głosem mrużąc oczy. Był wystarczająco blisko, aby mogła zobaczyć jego brązowe oczy i rozczochrane włosy. Była pod wrażeniem jego obecności tutaj. Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Cały czas promieniała.
- Przecież zawsze jestem obok Ciebie. – odezwał się po chwili sprawiając, że ciało dziewczyny przeszedł przyjemny dreszcz. Brunet przybliżył się do niej i złapał jej dłoń. Bella poczuła ciepło, które ogarnęło jej całe ciało. Uśmiechnęła się do chłopaka i zatopiła wzrok w jego czekoladowych tęczówkach. Justin nachylił się nad nią i przytulił do siebie. Blondynka zamknęła oczy i delektowała się jego zapachem, za którym tęskniła, ale nie potrafiła się przyznać.
- Obudziłaś się. – usłyszała głęboki głos dochodzący z prawej strony. Dziewczyna otworzyła oczy i objęła zdezorientowanym wzrokiem całe pomieszczenie, ale w żadnym z kątów nie było bruneta. Spojrzała na ciemną postać stojącą w drzwiach. – Martwiłem się o Ciebie. – wyszeptał Zayn kiedy miał pewność, że Bella skupiła na nim wzrok. Z tajemniczym wyrazem twarzy podszedł do niej i usiadł na skraju łóżka łapiąc jej dłoń. Blondynka nie odpowiedziała a ni słowem. Wpatrywała się w ułożenie jego pełnych ust i świecących oczu. W jej głowie wszystko wariowało i sama nie potrafiła rozróżnić co jest rzeczywistością, a co nie.
- Muszę Ci coś powiedzieć. – szepnął mulat nachylając się niebezpiecznie blisko nad twarzą dziewczyny. Wziął zdecydowany, szybki, ale głęboki wdech. – Od pewnego czasu …
- Nie Zayn ! – zatrzymała go Bella nie chcąc słuchać o jego uczuciach, nie chciała ranić kolejnej osoby, nie jego. – Przestań, nie jestem tego warta. – dodała po chwili pewna swoich słów. Chłopak zmusił ją, aby popatrzyła w jego ciemne oczy i wypowiedział w jej usta dwa słowa :
- Kocham Cię.
Bella nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Wiedziała jaka jest jej przyszłość, ale nie potrafiła jej sobie wyobrazić sobie w Zayn’em. On nie był wart tych wszystkich cierpień. Odwróciła głowę na chwilę, aby nie patrzeć na jego twarz i zebrała się w sobie, aby wypowiedzieć parę słów.
- To nie wyjdzie, to nie ma sensu. – odparła zmęczonym tonem głosu, ale też załamanym. Mulat popatrzył na nią wrogim spojrzeniem i wstał z łóżka. Błądził wzrokiem po ścianach, ale po chwili zawiesił wzrok na blondynce i powiedział :
- Między nami jest to coś, czego nie oddam żadnej innej. Jeszcze będziemy razem, choćby w piekle.

* * *


Mam nadzieję, że rozdział się Wam podoba. Starałam się po tak dużej przerwie dać coś godnego i chyba mi się udało. Co sądzicie ? Rozdział był wprowadzeniem do życia Belli w Mediolanie. Myślicie, że Bells straci teraz pracę ? Przecież wszystko jest możliwe. Jeżeli straci to; Czym się zajmie ?
Czekam na Wasze propozycje ! <3


Dziękuję za wsparcie ! <3


EDIT - Możecie zajrzeć na konto NowAndTomorrow przeczytajcie jej nową historię, nie pożałujecie !:)
Tagi: opowiadanie5
15.12.2012 o godz. 13:01
Dokładnie 10 grudnia, rok temu, parę minut temu założyłam bloga thatbeeasy zupełnie nie wiem z jakiej przyczyny, ale stało się, powstał. Dziś mija okrągły rok i jestem pod wrażeniem. Jestem pod wrażeniem tego co się tutaj stało, bo tak naprawdę to coś niezwykłego. Przyszłam i zyskałam przyjaciół, którzy docenili to, w czym uważałam się słabą, za co dziękuję. Jestem pod wrażeniem, bo daliście mi zaczerpnąć trochę wiary w siebie i siły, której często potrzebowałam. Jestem pod wrażeniem, że po mimo tylu upadków wciąż jesteście ze mną w tak dużym gronie. Nie mogę powiedzieć jak bardzo Wam dziękuję za wszystko, a szczególnie jak bardzo przepraszam za moją nieobecność, którą mogę wytłumaczyć tylko jednym wielkim NIE WIEM. Straciłam zapał ? Możliwe. Naprawdę nie wiem co się stało. Zniknęło, ale dzisiaj siedząc i patrząc na mój pierwszy wpis zaczęłam pisać pierwszy raz od paru tygodniu i wydobyłam z siebie dwie pełne strony, nawet dobrze.
Rozdział naprawdę jest trudny do napisania po takiej długiej przerwie, więc przepraszam. Nie wiem kiedy pojawi się rozdział 20, zupełnie nie wiem, ale staram się od kilku tygodni, naprawdę się staram i ...
NAPRAWDĘ PRZEPRASZAM.
Od ostatniego wpisu nabiliście prawie 5 tysięcy wejść ?! BOŻE ŚWIĘTY ! DZIĘKUJĘ !:*
Nie, nie mam dla Was teraz rozdziału, ale mam małą zapowiedź, taką nic nie wartą, ale malutką, chociażby coś.

JESZCZE RAZ BARDZO WAM DZIĘKUJĘ ZA WSPARCIE. TYLKO DLA WAS PISZĘ, TYLKO DZIĘKI WAM.


Tagi: *.*
10.12.2012 o godz. 21:02
thatbeeasy
Nothing hurts like no you.
Skąd: Polska
O mnie: Nie uważam się za kogoś równego Szekspirowi, czy J.K. Rowling - ja jestem amatorem i nie wstydzę się tego, bo każdy z nich zaczynał od zera.
statystyki
sekcja użytkownika